20.09.2014

Rozdział 1

- Możesz wreszcie wziąć się do roboty? – fuknął w moją stronę Ben starając się zrobić groźną minę mrożącą krew w żyłach, która bardziej przypominała złoszczącego się króliczka.
Uśmiechnęłam się do niego szeroko przez ramię chwilę później odwracając się i wywracając oczami. Policzyłam w myślach do dziesięciu przy okazji wymieniając wszystkie znane mi przekleństwa, jakie tylko przemknęły mi między kolejnymi liczbami. Chwyciłam za pierwszą z brzegu filiżankę z westchnieniem spoglądając na całą resztę kilkudziesięciu śnieżnobiałych naczyń, które czekały na polerowanie. Jeśli ktoś kiedyś myślał, że dorywcza praca w kawiarni była łatwa mylił się.
- Nie wiem, co sobie myślałem, kiedy cię tu zatrudniałem. – kolejny gniewny pomruk dotarł do moich uszu, na co warknęłam cicho pod nosem nie chcąc wszczynać kłótni, choć mój niewyparzony język już się do tego rwał, a sarkastyczne pyskówki powoli formowały się w głowie jedna za drugą.
Obróciłam się do chłopaka przodem nie zaprzestając wycierania ściereczką trzeciej filiżanki z rzędu. Wokół było przyjemne cicho. Lekka muzyka dobiegała z głośników umieszczonych na suficie, a szum kilku pojedynczych rozmów tylko dopełniał specyficzny klimat tego miejsca. Wciągnęłam głęboko aromat kawy do płuc próbując jakoś utrzymać swoje nerwy na wodzy, jednak nie należałam do specjalnie spokojnych i cierpliwych ludzi. Moja samokontrola została wystawiona na próbę. W tym przypadku dosyć ciężką.
- Może myślałeś o tym, że pięć poprzednich osób, które zatrudniłeś nie wytrzymało twojego nieznośnego charakteru i musiałeś zadzwonić do starej przyjaciółki, żeby po raz kolejny uratowała ci cztery litery. – bez żadnego zahamowania wypowiadałem jedno słowo za drugim dopiero na samym końcu gryząc się momentalnie w język, kiedy kolejne niepotrzebne zdania chciały wypłynąć spomiędzy moich warg na światło dzienne.
Chłopak spojrzał się na mnie zaskoczony gwałtownie zamykając i otwierając oczy, jakby myślał, że to, co przed chwilą miało miejsce było tylko i wyłącznie wytworem jego wyobraźni. Jednak nie minęło parę sekund, kiedy dotychczasowe emocje na jego twarzy zostały zastąpione przez kamienny wyraz. Jedynie szare oczy z lekko rozszerzonymi źrenicami mogły wskazywać na to, że nie wszystko, co do tej pory otaczało go w życiu było w najlepszym porządku, tak jak dotychczas.
- Wracaj do pracy. – głuchy odgłos formalnego tonu mojego szefa wyrwał mnie z letargu niemo poganiając do zaprzestanej na chwilę pracy.
Powinnam odczuwać smutek i gorycz, żal i poczucie winy, ale to wszystko nie miało miejsca i sensu, ponieważ to nie był pierwszy raz, kiedy Ben zachowywał się w stosunku do mnie tak, a nie inaczej. W najtrudniejszej dla niego chwili pomogłam mu, a on jakby na przekór wszystkiemu zamiast mi najzwyczajniej w świecie podziękować wymagał tego wszystkiego, czego dać z siebie nie mogłam i żądał ode mnie relacji szef kontra podwładna. A na to zgodzić się nie potrafiłam.
Prychnęłam jedynie pod nosem rezygnując z polerowania i zabierając się do krojenia ciasta wyjętego wcześniej z lodówki, ponieważ była już pora lunchu, klienci mieli tamtego dnia wyjątkowy apetyt, a słodkości za szklaną witryną znikały w zadziwiającym tempie.
Przełączyłam w swoim umyśle przycisk na automat zaczynając krojenie bez większego zastanowienia. Nóż precyzyjnie wbijał się w ciasto dzieląc go na równe kawałki, a ja w spokoju mogłam oderwać się myślami od tego miejsca i pognać między różnego rodzaju wątkami, które dręczyły mnie każdego pojedynczego dnia.
Zastanawiałam się, czy inni ludzie, znajomi lub nawet i obcy zdawali sobie sprawę, że Ben posiadał też tą gorszą stronę. Prawdę mówiąc, ja na ich miejscu miałabym o nim jak najlepsze zdanie. Gdy widzi się go po raz pierwszy wydaje się, jakby Bóg zesłał nam najbardziej sympatycznego człowieka na tej planecie z wyglądem słodkiego misia brunatnego. Wysoki, przystojny brunet o idealnie kawowych oczach i czułym uśmiechu, dzięki któremu w jego policzkach nagle pojawiają się dołeczki. Zawsze grzeczny, miły dla innych ludzi i pomocny. Można by powiedzieć, że muchy by nie skrzywdził.
Ale ja znałam także jego inną stronę, która od paru dobrych tygodni dawała mi się mocno we znaki. Ben był wymagającym typem człowieka, który jeśli sobie coś postanowił musiał tego dokonać, choćby miał sprzedać własną nerkę. Nie ważne, czy byłaś jego mamą, siostrą, znajomą, nieznajomą lub jak w moim przypadku przyjaciółką. Jeśli w jakiś chory sposób zgodziłaś się wciągnąć w jego mini interes, który znaczył dla niego więcej niż wszyscy ludzie na Ziemi razem wcięci to niemo podpisałaś krwią pakt z diabłem oddając mu swój drogocenny czas i lata spokoju, które zdawały się już uciekać między moimi palcami, choć pracowałam tam dopiero cztery miesiące. Cztery miesiące słuchania, jaką to byłam złą pracownicą, która nawet nie potrafi punktualnie przychodzić do pracy, za którą dostaje nędzne pieniądze, pomimo, że przychodziła tu także często w weekendy i za darmo pomagałam po godzinach. Ale dla Bena takie rzeczy nie miały najmniejszego znaczenia. Albo dawało się mu to wszystko, czego on oczekiwał, a lista ta była bardzo, bardzo długa oraz obszerna, albo nic, co wykonywałaś nie miało większego znaczenia w tym małym budynku.
Dopiero, kiedy ostry nóż zetknął się z fakturą mojej bladej skóry pisnęłam niekontrolowanie wyrywając samą siebie i parę innych osób z zamyślenia. Odsunęłam szybko dłoń od ciasta, aby nie zabrudzić go i złapałam za ścierkę, którą postanowiłam zatamować małe krwawienie.
- Co znowu do cholery? – jedno warknięcie i nawet nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, kto stał za moimi plecami.
Zaciskałam i na zmianę rozluźniałam dłoń gotową w każdej chwili do sprzedania mu soczystego policzka, po którym miałby pamiątkę przez kilka następnych godzin.
- Wracaj do pracy. – przedrzeźniałam go odwijając palec i ze zniesmaczeniem patrząc na długie rozcięcie wzdłuż niego. 
- Pokaż. – odwróciłam się marszcząc brwi, kiedy usłyszałam jego spokojny, troskliwy głos, którego niedane mi było zaznać od bardzo dawna.
Z wahaniem wyciągnęłam w jego stronę dłoń, którą delikatnie pochwycił ciągnąc mnie w stronę apteczki. Skaleczenie, wokół którego skóra była mocno zaczerwieniona rytmicznie pulsowało lekko krwawiąc, co przyprawiało mnie o niemałe mdłości. Gwałtownie szarpnęłam ręką, kiedy została polana wodą utlenioną, co jeszcze bardziej pogorszyło niemiłe odczucia.
- Boli. – pisnęłam wyżej niż do tej pory szarpiąc się, co nie dało nawet najmniejszego skutku.
Ben mógł wyglądać na misia, ale tylko ja jedna wiedziałam ile czasu spędzał na siłowni, aby odreagować stres i swoje bezczelne zachowanie.
- Viv proszę uspokój się. – znów zwrócił mi uwagę, jednak tym razem brzmiało to zupełnie inaczej, co tylko przywoływało falę wspomnień zalewającą cały mój umysł. – Chcę to zabandażować i wcale mi w tym nie pomagasz.
I nim się obejrzałam mój długi, wąski palec wskazujący lewej ręki przybrał na masie dzięki kilku warstwom białego, czystego bandażu jeszcze pachnącego szpitalem. Moja dłoń wciąż spoczywała luźno w jego, co jeszcze kiedyś nie było niczym niezwykłym. Jako najlepsi przyjaciele lubiliśmy czuć między sobą pewną więź fizyczną. Obejmowanie się, przytulanie lub trzymanie za dłoń nie stanowiło zachowania zamkniętego na nasze możliwości.
Jednak dużo rzeczy się zmieniło, a także zmieniliśmy się my. Byliśmy innymi osobami o różniących się priorytetach i celach życiowych. Tamtego dnia jego dotyk wydawał mi się zarazem obcy i znajomy, parzący nieprzyjemne moją skórę i sprawiający, że chciałam więcej.
Ponieważ chciałam mojego przyjaciela z powrotem.
- I po krzyku. – uśmiechnął się do mnie tym swoim znajomym uśmiechem, którym potrafił obrzeżyć tylko mnie, po czym wyszedł przebijając bańkę mydlaną, w której się unosiłam tym samym sprawiając, że moje oczy zaczęły mocno szczypać.
Właśnie tych momentów nie lubiłam i lubiłam na raz. Ben miał te swoje dni, w których nagle pojawiały się przebłyski jego starego, pogodnego ducha. Zachowywał się tak, jak kiedyś dając mi nadzieję na to, że pewnego pięknego dnia wróci. Wróci ten człowiek, dla którego mogłam wskoczyć w ogień, ponieważ był moim przyjacielem, a to właśnie oni byli najważniejszymi ludźmi w moim życiu.
Westchnęłam głośno spoglądając na swój zegarek, który ku mojej wielkiej uciesze informował mnie o skończeniu mojej zmiany. Zgarnęłam skórzaną kurtkę z wieszaka wcześniej pozbywając się obowiązkowego fartuszka przepasanego w moim pasie. Bez słowa minęłam chłopaka, wychodząc na zimne powietrze. Wydawało mi się, że chciał mnie zatrzymać, ale nie starałam mu się tego ułatwić. Zawsze rezygnował i wcale nie zdziwiłam się, kiedy po lekkim obróceniu głowy widziałam, jak momentalnie zabrał się za niedokończone polerowanie filiżanek.
Wyciągnęłam paczkę papierosów z prawej kieszeni wyjmując pojedynczą trutkę na ludzi, zapalając ją bez większego zastanowienia. Jedno zaciągnięcie, dwa mrugnięcia okiem, trzy kroki na przód, cztery krople deszczu spadające na mój nos i pięć sekund błogiego uczucia nikotynowego dymu w płucach. Rozejrzałam się wokoło patrząc, jak ludzie w popłochu uciekali do najbliższych budynków. Tylko ja wydawałam się stawiać twardo kroki nie przejmując się czerwonymi włosami opadającymi na oczy lub krzywymi spojrzeniami posyłanymi w moją stronę. Deszcz. Denerwujący i kojący, niedający zasnąć i kołyszący do snu, mający tyle twarzy, ilu ludzi gości na tej planecie, dla mnie będący całkiem obojętnym wytworem natury, z którym przyszło mi się pogodzić i zaakceptować jego obecność. Musiałabym być hipokrytką, by mieszkać w Londynie i nie lubić tego typu pogody.
Jeden budynek, dwa budynki, trzy budynki. Wszystko wydaje się być takie zwykłe i niezwykłe. Niby spotykamy to wszystko, na co dzień. Budynki, ludzie, kwiaty, chmury. W pogodni za pracą, czasem, szczęściem nie widzimy w tym niczego wyróżniającego się. Zwykłe, pospolite rzeczy, ot, co. Ale wystarczy się zatrzymać. Choćby na maleńki moment, by dostrzec w tym coś zupełnie nowego i nieznanego dla znudzonego światem oka. Czemu nie rozejrzymy się wokół? Nie spojrzymy na nasze dłonie i nie pomyślmy o tym, jakie to niesamowite, że się poruszają. Że nasz mózg jest w stanie tak szybko reagować na nasze prośby, że nawet nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Przecież poruszamy się cały czas. Oddychamy, chodzimy, uśmiechamy się, płaczemy. To podobno nic takiego. Codzienność. Czemu jednak nie spojrzeć na to z innej strony?
Zerknęłam z niepewnością na docelowe miejsce zastanawiając się, co ja tak właściwie robiłam ze swoim życiem. Nigdy nie należałam do zbyt pomocnych ludzi. Chodziłam własnymi ścieżkami, martwiłam się wyłącznie o siebie i swoich najbliższych, a reszta była mi zupełnie niepotrzebna. Dlatego zastanawiałam się, co strzeliło mi do głowy, kiedy zadzwoniłam do organizacji charytatywnej prowadzącej świetlicę, przed którą wtedy stałam pytając się, czy nie potrzebują dodatkowych wolontariuszy.
Niedawny wyrzucony niedopałek papierosa wydawał mi się w tamtym momencie być jednak znów potrzebny, jednak powstrzymałam się od ponownego zapalenia obiecując sobie wcześniej, aby nie śmierdzieć nimi przy małych dzieciach, których było w świetlicy podobno ogrom. Przeczesałam dłonią wilgotne włosy i ruszyłam się wreszcie z miejsca przekraczając próg nowego budynku.
W moje oczy uderzyła cała paleta pastelowych barw, które choć nie należały do moich ulubionych komponowały się przyjemnie, co musiałam przyznać od razu. Na prawie każdej ścianie wisiało kilkanaście rysunków oprawionych w kolorowe ramki przedstawiające dziecięcą wyobraźnie niemającą żadnych granic. Rozejrzałam się dokładniej wokoło dostrzegając kilka kwiatów doniczkowych jeszcze bardziej ocieplających recepcję i uśmiechniętą od ucha do ucha brunetkę idącą wprost w moim kierunku.
Z podziwem skanowałem jej długie nogi, wydające się nie mieć końca, szczupłą figurę, a przede wszystkim fale loków, które opadały swobodnie na jej ramiona, jakby w ogóle nie były specjalnie stylizowane i miały w zwyczaju wyglądać tak oszałamiająco.
- Ty pewnie jesteś Vivianne. – powitała mnie śpiewnie od razu porywając do przyjacielskiego uścisku, jakbyśmy nie widziały się po raz pierwszy w życiu od jakiś trzydziestu sekund. – Miło mi cię powitać tutaj. Każde pomocne ręce i dobra dusza są mile widziane.
Odsunęła mnie od siebie na wyciągnięcie ramion wyglądając na niezrażoną moim zdziwionym i delikatnie zmieszanym wzrokiem. Zamknęłam na ułamek sekundy oczy próbując przywołać się do porządku. Tamto miejsce miało mi pomóc, ale zdawałam sobie sprawę, że musiałam też włożyć w to duże pracy.
- Mów mi Viv, proszę. – uśmiechnęłam się delikatnie zdejmując z ramion kurtkę tym samym odsłaniając kilka pojedynczych tatuaży rozmieszczonych tu i tam na moich ramionach. – Wiesz może, kto ma mnie w to wprowadzić? Kiedy rozmawiałam z recepcją mówiono mi o jakiejś Rebecce.
Jej uśmiech wydawał się poszerzyć jeszcze bardziej, a loki podskoczyły wesoło, kiedy objęła mnie ramieniem w talii prowadząc energicznym krokiem przez korytarz.
- Myślę, że Rebecca to ja. – zaśmiała się otwierając drzwi do pierwszego pomieszczenia. – Mam cię oprowadzić, wszystko wytłumacz i prawdę mówiąc ogólnie sprawować nad tobą opiekę. – zaśmiała się pod nosem nagle machając ręką tuż przed moją twarzą w akcie demonstracji pokoju. – To pomieszczenie służbowe. Każdy pracownik ma swoją szafkę i kluczyk do niej. Ta, jest dla ciebie. – wskazała na szóstą blaszaną, wąską puszkę od lewej zaciskając w mojej dłoni metalowy przedmiot, którymi miło chłodził moją skórę. – Obok jest kuchnia, gdzie możesz jeść posiłki, jeśli masz taką ochotę lub napić się kawy.
Kiwnęłam jedynie głową nie mogąc się zdobyć na jakiekolwiek słowa. Onieśmielała mnie.
- Tutaj mamy pokój zabaw, w którym dzieci znajdą wszystko począwszy od plastikowych kuchni, przez klocki lego kończąc na małych samochodzikach. -– mrugnęła do mnie ciągnąc w nowym kierunku, na co posłusznie przystanęłam. – Tutaj bardziej artystycznie. Wiele dzieciaków uwielbia malować, więc kupiliśmy kilkanaście sztalug, masę farb, kredek i tego wszystkiego. Nawet nie wiesz, jakie one są twórcze. – zagruchała rozczulona, jakby mówiła o swoich własnych dzieciach. 
I nim zdążyłam jakkolwiek zareagować na to, co do mnie mówiła moje ciało zderzyło się z czymś twardym i upadło na podłogę z głuchym odgłosem. Rozbiegany wzrok nagle odnalazł powód mojego upadku i z całej siły musiałam się powstrzymać od krzyknięcia, aby uważał, jak stawia kroki.
- Boże, strasznie cię przepraszam. Nic ci się nie stało? – blond włosy chłopak wyciągnął rękę w moją stronę i nie czekając na odpowiedź bez najmniejszego problemu podniósł mnie, jakbym ważyła zaledwie kilka kilogramów. Przeczesał moje ciało wzrokiem strzepując z czarnej koszulki pyłek, który na niej osiadł nieśmiało spoglądając przez chwilę w moje oczy. – Em, tak może ja… Przepraszam. Muszę iść. – tak szybko, jak jego oczy poraziły mnie swoim błękitem, tak szybko nagle skierowały się w inną stronę przerywając nasz kontakt wzrokowy.
Zwinnie ominął moją osobę nie odwracając się nawet przez chwilę mknąc do jeszcze nieznanego przeze mnie pokoju. Stałam osłupiała wpatrując się w zamykające drzwi, które cicho skrzypnęły.
- Pierwszy dzień i już wpadasz mu w oko. Imponujące. – Rebecca konspiracyjnie uniosła brwi przenosząc ciężar swojego ciała na jedną nogę tym samym jeszcze bardziej eksponując piękną sylwetkę.
- Niby, czemu miałabym mu wpaść w oko? Spektakularnie się od niego odbiłam, czy mój tyłek zderzający się z podłogą wyglądał bardziej seksownie, niż zazwyczaj? – zaszydziłam z samej siebie czując, jak gorący rumieniec wpływa na moją szyję pnąc się ku policzkom.
Dziewczyna zaśmiała się głośno, jakby usłyszała dobry żart, jednak, kiedy tylko zobaczyła moja poważną minę bez grama rozbawienia powoli zaczęła się uspokajać nie zdejmując jednak z twarzy promiennego uśmiechu.
Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy nie bolały ją policzki.
- Nie rozmawia z wieloma ludźmi. Prawdę mówiąc jest tutaj od dwóch lat, a rozmawiałam z nim tylko kilka razy. Tym bardziej nie widziałam, by kogokolwiek dotknął. – wzruszyła ramionami, jakby od niechcenia, na co wybałuszyłam na nią oczy.
Dwa lata milczenia?
- Czym więc zasłużyłam sobie na taki zaszczyt? – mruknęłam mimowolnie nie zdając sobie sprawy, jak nieprzyjemnie chłodny był ton mojego głosu.
- Nie mam pojęcia.
Między nami zapadła niezręczna cisza, przez którą nawet jej nieschodzący uśmiech i wesoła aura zostały przytłumione. Potarłam swoje ramiona zakładając ręce na piersi, starając się przy tym nabrać bardziej przyjaznego wyrazu twarzy.
- Czym on tak właściwie się zajmuje? – spytałam idąc w kierunku, w którym zniknął dochodząc do przeszklonej ściany, dzięki której mogłam sprawdzić, co robił.
- Muzyk amator. Podbija serce każdej napotkanej kobiety, ale nigdy dotąd nie widziałam by z jakąkolwiek się spotykał. – poinformowała mnie, na co w akcie zrezygnowania przetarłam dłonią twarz.
Mogłam się tego spodziewać. Nieśmiały, tajemniczy muzyko artysta. Jakie to tandetne.
W skupienie przyglądałam się, jak jego szczupłe palce lewej dłoni mknęły z łatwością po gryfie gitary, a prawa pociągała delikatnie za struny sprawiając, że dźwięki prostych akordów docierały do moich uszu. Dzieci bez najmniejszych zahamowań lub wstydu śpiewały do prostej melodii wygrywanej przez chłopaka klaszcząc i uśmiechając się szeroko do niego, jakby widziały anioła zesłanego prosto z nieba.
To wszystko zaczęło mnie nagle przytłaczać. Każdy był tu miły, uśmiechnięty i wesoły, jakby całe szczęście tego świata zamknięte było właśnie w tym budynku, a ja tu nie pasowałam.
Nie czułam się szczęśliwa, mieszkałam w malutkim mieszkaniu, który ledwo, co opłacałam, nie miałam przyjaciół, czułam się samotna, a każda napotkana osoba uważała mnie za jakiś wybryk natury. Pomyłkę przy produkcji ludzi. Skazę w ich idealności, której nie było i nigdy nie miało być.
- Przyzwyczaisz się. Ja na początku też tak miałam. – poczułam ciepłą, drobną dłoń na moim ramieniu, a głos dziewczyny wydawał się mnie uspokajać.
Już chciałam spytać, skąd wie, o czym myślałam, ale widząc swoje odbicie w szybkie zamknęłam momentalnie usta. Moje oczy od dawna nie były tak przerażone, choć teoretycznie powinnam wyjść stąd szczęśliwa i wypełniona walą walki.
- Na dzisiaj to tyle. Będziesz przychodzić do nas po pracy, z tego, co słyszałam? – spytała chcąc potwierdzić swoje informacje, na co jedyne pokiwałam głową odwracając wreszcie wzrok od blondyna, który zdążył już zauważyć, że go obserwujemy i gdy tylko piosenka się skończyła wstał, pakując gitarę do futerału.
- Przyjdę jutro o szesnastej. – pożegnałam się z nią tymi słowami nie będąc w stanie wykrztusić niczego więcej.
Ruszyłam szybkim krokiem do wyjścia po drodze naciągając na siebie kurtkę. Nie miałam pojęcia, czemu reagowałam na to wszystko w ten sposób. Moje ręce drżały, a tętno wydawało się podwyższać z każdą sekundą. Chłodne powietrze uderzyło w moją twarz, co odrobinę otrzeźwiło mój umysł. Wyciągnęłam kolejnego tego dnia papierosa odpalając go i zaciągając się kojącym dymem.
- Wiedziałaś o tym, że palenie szkodzi? – podskoczyłam na dźwięk nieznajomego głosu tuż obok mnie.
Obróciłam głowę w lewo od razu napotykając porażająco niebieskie tęczówki, w których zamknięte mogło być całe niebie i morze i szmaragdy i to, co piękne. Musiałam mu przyznać, że oczy miał olśniewające, choć wcale nie zamierzałam robić tego na głos.
- A ty będziesz moim bohaterem i uratujesz mnie od nałogu? – zaśmiałam się cicho skanując dokładnie całą jego postawę. – Wyglądasz mi na zbyt grzecznego, by jakoś na mnie wpłynąć.
Jeden kącik jego ust nagle uniósł się do góry ukazując mi delikatny, pewny siebie uśmiech, który odwzajemniłam mierząc go odważnym wzrokiem. Nim jednak zdążyłam po raz kolejny z niego zaszydzić skorzystał z mojej nieuwagi wyciągnął spomiędzy moich palców tlącego się papierosa zaciągając się nim głęboko, na co przełknęłam głośno ślinę, po czym wypuścił dym wprost na moją twarz.
- Nie byłbym tego taki pewien.
I odszedł swobodnym krokiem nie zaszczycając mnie żadnymi wyjaśnieniami. Pozostawił jedynie po sobie zapach swojego miętowego oddechu w połączeniu z nikotyną i wiele krążących myśli w mojej głowie.
-------------------------------
Wiem, że jestem do dupy. Przybywam do was z tygodniowym opóźnieniem, ale mam nadzieje, że warto było zaczekać. Od tej pory postaram się dotrzymywać terminów!
Dziękuje wam wszystkim za życzenia urodzinowe. Wiecie, jak poprawić mi humor xx
PRZYPOMINAM O ZAKŁADCE INFORMOWANI. Byłoby miło, gdy więcej osób się tam zapisało :)
Przepraszam, że to robię, ale muszę wam się pochwalić. JADĘ NA KONCERT EDA PERFEKCYJNY GŁOS SHEERANA. Czy życie może być piękniejsze?
Jeśli chcecie wiedzieć, kiedy kolejny rozdział zapraszam do TERMINARZU.
Co powiecie na 12 komentarzy? Byłoby miło :) 
PS: Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam taka szczęśliwa. Czuje, że wreszcie osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć od kilku lat.
Do zobaczenia niedługo!
Kasia xx 
Layout by Yassmine