niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 2

Postawienie łóżka przy samym oknie miało swoje dobre, jak i złe strony. Zresztą, jak całe życie. Z jednej takie ustawienie dostarczało mi niesamowitych widoków w nocy, podczas kiedy gwiazdy świeciły tak jasno i tak pięknie, że mogłabym oddać za nie życie. W lato ciepłe promienie słońca wyrywały mnie z pobudki grając rolę darmowego, naturalnego i o wiele przyjemniejszego budzika. Ale nie było ani lata, ani nawet nocy. Była jesień, szósta rano, a z krainy Morfeusza wyrwały mnie lodowate krople deszczu wdzierające się przez niezamknięte okno. Fuknęłam w jego stronę i usiadłam na białej pościeli dotykając nagimi stopami zimnych paneli. Wiedziałam od początku, kiedy się tu wprowadziłam, że będzie mi za zimno, ale moja znajoma uparła się, że bez dywanu sypialnia wygląda o niebo lepiej. Przysięgam, że nigdy więcej się jej nie posłucham.
Nagle, tak po prostu, jakby to nie mogło stać się dwie minuty wcześniej lub później do mojego nosa dobiegł słodki zapach wanilii i czegoś, co wydawało mi się być naleśnikami. Od razu mina mi zrzedła, ponieważ wiedziałam, że o takim śniadaniu mogłam tylko pomarzyć, z powodu braku talentu kulinarnego, a sąsiadka z naprzeciwka była zrzędliwą babą po czterdziestce z pięcioma kotami, które syczały i gryzły każdego, kogo spotkały na swojej drodze.
Złapałam za miękki, puchowy szlafrok leżący na podłodze niedaleko szafki nocnej i otuliłam się nim próbując dostarczyć sobie odrobinę ciepła. Momentalnie zamknęłam okno, przez które wdzierały się zimne powiewy wiatru.
Spojrzałam na lustro będące wbudowane w szafę z ciemnego mahoniowego drewna. Widok, który w nim ujrzałam delikatnie mnie rozśmieszył. Sterczące na wszystkie strony płomienno rude włosy, podkrążone zielone oczy, będące wykończone po całonocnym maratonie czytania książek. Piegi rozsiane na całym nosie i kościach policzkowych. Wystające obojczyki, zwisająca z ramion za duża koszulka i przyległe, krótkie spodenki opinające w miarę szczupłe nogi. Wielu powiedziałoby „Cud! Ideał dla mnie!”. W sumie, to tak powiedziałby właśnie Maciek. Na samo wspomnienie jego przerażonej miny sprzed tygodnia, kiedy musiał wyjść ze sklepu zostawiając mnie na pastwę, tego paskudnego wytworu Matki Natury zachichotałam cicho. Wiem, że to nie była jego wina i nie miałam prawa się na niego choćby minimalnie gniewać, ale taka była moja pierwsza reakcja.
Deszcz należał do moich największych fobii, fanaberii, złej obsesji i jakkolwiek by to ktoś chciał inaczej nazwać dziwactw. Tak było od dzieciństwa. Pamiętam, kiedy byłam malutką dziewczynką, moja babcia siedziała na balkonie patrząc na deszcz krzyknęłam, że jest nienormalna. Dla mnie deszcz jednego dnia mógł być, a następnego dnia zniknąć i nigdy więcej się nie pojawić.
Tak samo „nienormalny”, jak moja babcia wydawał mi się tajemniczy Włoch, który tamtego pamiętnego dnia odprowadził mnie do domu. W ciągu tych siedmiu dni deszcz padał cztery razy. I właśnie cztery razy widziałam go siedzącego na tej samej ławce, na końcu parku, który znajdował się tuż pod moim okiem. Siedział w mojej głowie, zagnieżdżając się tam tak mocno, że nie mogłam na niczym i na nikim się skupić. Notatki z wykładów z dnia na dzień wydawały się być coraz krótsze, profesorka mówiła jakby mniej zrozumiale, a wiele rzeczy zaczęły mi się z nim kojarzyć. Ale najbardziej ten cholerny deszcz.
I jakby uderzył we mnie piorun. „O ironio” – pomyślałam krytycznie o samej sobie. Połączyłam fakty ze sobą i wystrzeliłam, jak z procy do okna. Wyjrzałam przed siebie i z nadzieją w sercu, której nie chciałam i nie rozumiałam ujrzałam brązowowłosego. Ubrany był w ciemne dżinsy, biały podkoszulek i jak mi się wydawało skórzaną kurtkę, które najprawdopodobniej bardzo opinała jego umięśnione ramiona.
Gwałtownie odwróciłam się od okno zjeżdżając plecami po ścianie. „Co on z tobą robi?!” – cichy, irytujący głosik odezwał się w mojej głowie. Poczułam się, jak cholery Pinokio i ten irytujący świerszcz, który miał grać rolę jego sumienia.
Kiedy już się miałam zastanawiać, jak bardzo jest ze mną źle z powodu tego, że porównuję się do drewnianej kukły do pokoju wtargnął z ogromną, drewnianą tacą Maciek uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Moja księżniczka wstała i nie podążyła za wonią naleśników zgodnie z planem? Te wszystkie romansidła, które puszczają w telewizji kłamią. – zaśmiał się promiennie, co u wielu dziewczyn wywołałoby zachwyt i dreszcze
Szkoda tylko, że nie u mnie.
-Po pierwsze nie mów do mnie księżniczka, bo nie urwałam się z Disneya. – nagle do mojej głowa wtargnęło porównanie, do Pinokia, ale szybo je stamtąd wygoniłam – Po drugie, co ty do kurwy nędzy robisz? A po trzecie to, jak ty włamałeś się do mojego mieszkania?!
Wstałam rozłoszczona zakładając ręce na piersi i krzyżując je. Wiem, że powinnam wskoczyć mu w ramiona dziękując soczystym buziakiem za poranny posiłek, ale domagałam się wyjaśnień. Właśnie w tamtej chwili.
-Po pierwsze, będę tak do ciebie mówił, ponieważ wtedy słodko marszczysz nosek. Po drugie zrobiłem ci twoje ulubione śniadanie. Naleśniki z słodkim twarożkiem i brzoskwiniami obranymi ze skórki. Odpowiadając na pytanie rodzące się w twojej głowie, wiem, że jest to twoje ulubione śniadanie, ponieważ kiedyś przyniosłaś je sobie w pudełku na Uniwerek i powiedziałaś, że dałabyś się zabić, gdybyś codziennie mogła takie jeść. Wydedukowałem, że może być twoim ulubionym. A odpowiadając od razu na pytanie, które sobie dopiero zadasz w tej ślicznej główce robię ci śniadanie, bo tydzień temu obiecałem, że ci wynagrodzę wracanie w deszczu do domu. Po trzecie kiedyś opowiadałaś mi, że zazwyczaj zostawiasz zapasowe klucze pod doniczką przed twoimi drzwiami, gdyby sąsiadka z góry chciała coś z twojego mieszkania. Z tego, co pamiętam lubi odwiedzać Pradę, kiedy ciebie nie ma, bo podobno jej smutno. – jakby na zawołanie puchaty kot, wyglądający niczym szara kuleczka miękkiego futra prześlizgnęła się między moimi nogami
Otwierałam i zamykałam usta niczym złota rybka wyjęta z wody. Ten chłopak zdecydowanie mnie przerażał. Jednak było w nim coś, co powodowało, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Maciek był moim jedynym przyjacielem. Odkąd wprowadziłam się tu cztery lata temu nie mam praktycznie nikogo prócz chłopaka i starszej sąsiadki z góry.
Nie miałam przyjaciółek, jak każda normalna kobieta, ponieważ najnormalniej w świecie mnie nie lubiły i nie rozumiały. Nie mogły pojąc tego, że wolę dużo osiągnąć, pracować nad sobą i zdobywać szczyty, niżeli imprezować i chodzić na randki. Byłam zdecydowana, pewna siebie, twarda i miałam wyznaczone cele. Nikt mi nie miał prawa w tym przeszkodzić. A już naprano nie żadna zapatrzona w siebie tleniona lalunia.
Maciek pojawił się w moim życiu z dna na dzień. Wnosiłam jeden z kartonów do swojego mieszkania, kiedy niefortunnie zderzyliśmy się. Ja miałam złamaną rękę, a on rozcięte czoło. Byliśmy dosyć oryginalni. Nasze spotkanie to chyba najodpowiedniejsze potwierdzenie.
-Zamknij wreszcie te usta, bo ci mucha wleci do środka. – ponownie zaśmiał się odkładając tace na łóżko i kładąc palec pod moją brodą powoli zamknął mi je
Nasze oddechy mieszały się, a jego oczy śledziły całą moją twarz zatrzymując się na ustach. Lekko przybliżył swoją twarz dotykając swoim nosem mój. I kiedy już przybliżył się na tyle by mnie pocałować odskoczyłam, jak oparzona zdając sobie sprawę z tego, co mogło właśnie zajść.
-Może ja zjem te naleśniki, bo wystygną.
Złapałam za jeden z, wielu, które leżały równo ułożone na tacy w małą piramidkę. Było ich chyba dwadzieścia, a dobrze wiedziałam, że spasuje po dwóch. Oprócz tego dostrzegłam wysoką szklankę wypełnioną sokiem pomarańczowym i białą różę.
-Tak, pewnie tak. – chłopak westchnął wychodząc pospiesznie z pokoju
Odrzuciłam posiłek biegnąc za nim. Chciało mi się płakać. Wiedziałam, że on był ideałem. Mógł ofiarować mi całego siebie z sercem podanym na tacy, jak tamte przeklęte naleśniki. I zasługiwał na kogoś równie idealnego, kto zatroszczyłby się o to serduszko. Kto pokochałby go równie mocno. Ja taką osobą z pewnością nie byłam, ponieważ moja relacja do niego była czysto przyjacielska.
-Przepraszam. Wiesz, że nie mogę. Tak bardzo, jak bym chciała, tak bardzo nie mogę.  – szepnęłam ściskając jego ramię, gdy wreszcie udało mi się go złapać pod samymi drzwiami wyjściowymi
Jego oczy teraz były załzawione, co przypominało mi wzburzone morze.
-Tak bardzo, jakbym chciał, tak bardzo tego nie zrozumiem. – odpowiedział mi na jednym wdechu rozluźniając mięśnie pod wpływem mojego dotyku
-Nie ty jeden. – sapnęłam cicho, co wywołało u niego lekki chichot rozluźniający sytuację, choć czuć było w powietrzu coś ciężkiego, co wisiało między nami i w każdej chwili mogło zmiażdżyć
-Co ja z tobą mam. Wzdycha do mnie trzy czwarte dziewczyn na naszym Uniwerku, a ja głupi zakochałem się właśnie w takim rudzielcu jak ty. – udawał niby niezadowolonego, choć po jego oczach mogłam odkryć, że żartuje
One wręcz śmiały się do mnie, błyszcząc i emanując czymś, czego dokładnie nie potrafiłam określić.
-Masz coś do rudych włosów?! – warknęłam dla zabawy, na co oboje wybuchliśmy śmiechem
I tacy właśnie byliśmy. Najpierw nieświadomie sprawiliśmy sobie przykrość, raniąc i rozrywając stare rany, by chwilę później śmiać się i żartować.
-Co powiesz na wypad do Arkadii? Mam ochotę kupić sobie coś ładnego. – uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on jedynie odwzajemnił ten uśmiech kiwając potakująco głową
-Zjedz tylko te nieszczęsne naleśniki. Będę po ciebie za pół godziny.
Już nachylał się do mnie, by pocałować mój policzek, kiedy gwałtownie odsunął się wycofując swój niemy plan z rzeczywistości.
Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Wiem, że jestem niezdecydowana i powinnam kategorycznie trzymać się granic przyjaźni, ale to już była taka nasza mała tradycja. Widząc, że coś zostało zaburzone, bo te cholerne uczucia zaczęły się w nim rodzić we mnie wzbierał smutek, jak i gniew.
Kiedy drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem odwróciłam się na pięcie kierując swoje kroki do pomieszczenia, z którego poprzednio wyszłam.
Naleśniki może i były już zimne, ale i tak były najlepszymi naleśnikami, jakie w życiu jadłam. Twarożek był słodki, delikatny i dzięki Ci Boże bez grudek. Brzoskwinie rozpływały się w ustach i ledwo, co musiałam je chociażby gryźć.
Po zjedzonym śniadaniu z przerażeniem zrozumiałam spoglądając na zegarek w telefonie, że zostało mi jedynie dziesięć minut. Nie zmywając naczyń popędziłam w stronę szafy, z której wyciągnęłam czarne rajstopy, skórzane spodenki z ćwiekami na kieszeniach, luźną czarną bokserkę z logiem rockowego zespołu i czerwoną koszulę w kratę. Pobiegłam do łazienki wykonując w pośpiechu poranną toaletę i makijaż. Ubrałam się i zdążyłam jedynie złapać za telefon i portfel, kiedy usłyszałam otwierające się drzwi.
W sprawie pukania nakrzyczę na niego innego dnia.
Wszedł luźno do sypialnie nie przejmując się taką możliwością, jak to, że mogłam się przebierać i być zupełnie naga. Bo, po co się takimi rzeczami przejmować, jak czyjaś prywatność?
Zlustrował mnie dokładnie od stóp do głów zatrzymując się dłużej na nogach i lekko odsłoniętym brzuchu. Szybko obciągnęłam koszulkę, które niefortunnie podwinęłam mi się do góry.
-Jedziemy? – spytałam przedzierając głuchą ciszę i wyrywając go z zamyśleń
-Pewnie. – odpowiedział lekko nieobecnym głosem przepuszczając mnie w drzwiach
Droga do centrum handlowego zajęła nam dłużej niż zwykle z powodu popołudniowej godzinny i weekendu. Jeśli były tak duże korki mogłam tylko zastanawiać się, jak bardzo oblężone będą sklepy.
-Może pójdziemy po prostu do kawiarni? – zaproponowali zdając sobie sprawę, że nie mam ochoty na kłótnie o koszulkę z ostatnim rozmiarem, jak na ostatnich zakupach
-Nie ma sprawy. Choć miałem ochotę zobaczyć się w jakiejś fajnej sukience. – ostatnie zdanie mruknął niby do siebie, jednak zapomniał o tym, że ma raczej donośny głos, a ja dobry słuch
Szturchnęłam go lekko w ramię uważając przy tym, ponieważ bądź, co bądź, ale to właśnie on kierował autem.
-Pewnie takiej, która odsłania więcej niż zakrywa? Taka czarna mini, w której widać by mi było stringi. – próbowałam go podpuścić, na co on spojrzał się na mnie krytycznie, choć w jego oczach można było dostrzec figlarny błysk
-Jak ty mnie dobrze znasz. – westchnął udając rozmarzonego, za co tym razem otrzymał kuksańca
I to podobno on ma ze mną źle.
Malutka kawiarenka znajdująca się między wąskimi uliczkami wydawała mi się być spełnieniem marzeń. W środku przez głośniki sączyła się cicha, nastrojowa melodia. Na każdym stoliku znajdowała się drobna lampka nadająca swoistego klimatu. Światła na około były lekko przygaszone tworząc wspaniały nastrój. Ale i tak zapach był najlepszy. Mocny aromat świeżo mielonej kawy, słodka nuta wanilii i specyficzny zapach cynamonu. Obłęd.
-Kocham to miejsce. – powiedziałam sama do siebie i pędem zajęłam stolik pry oknie ciągnąc za sobą zdziwionego Maćka
-Nigdy cię nie zrozumie. Wyglądasz, jakbyś wróciła z koncertu heavy metalu, a czytasz książki i podobają ci się takie miejsca.
Momentalnie odwróciłam się w jego stronę i lekko zmrużyłam oczy zastanawiając się nad tym.
- Mówiłam ci, że coś jest ze mną nie tak. Ja nie rozumiem samej siebie, co dopiero ty miałbyś to wszystko pojąć.  
W mgnieniu oka podeszła do nas kelnerka, która wlepiła oczy w chłopaka słodko się do niego uśmiechając. Wcale mnie to nie zdziwiło. Szkoda tylko, że Maciek zajęty był wgapianiem się w mój biust.
-Co mogę wam podać? – do moich uszu doszedł śpiewny głos blondynki
-Zwykła czarna. – odpowiedział lakonicznie mój towarzysz nawet nie zaszczycając dziewczyny spojrzeniem
- A dla ciebie? – zerknęła w moją stronę z miną mordercy, choć wiedziałam, że starała się to zamaskować
Nie wyszło.
- Duża Latte z podwójną pianką, poproszę. – uśmiechnęłam się do niej, co nie zostało odwzajemnione
Dziewczyna jedynie odwróciła się na pięcie kręcąc subtelnie biodrami przy każdym kroku.
-Zamiast patrzeć się na moje cycki, które dla twoich oczy są zakazane powinieneś obejrzeć się na tamtą dziewczynę, która wręcz cię wzrokiem pożerała! – syknęłam zasłaniając sobie koszulą obszar, który od dobrych pięciu minut był napastowany niebieskimi tęczówkami
-Przepraszam. – blond włosy spłonął rumieńcem spuszczając głowę i bawić się swoim szarym podkoszulkiem
Kawa, tak jak myślałam była niezwykle dobra. Szklanki opróżniliśmy dosyć szybko przy rozmowie na wiele różnych tematów. Zaczynając od obecnych wykładów, przez imprezę, na której ostatnio był chłopak, kończąc na przeczytanej przeze mnie książce.
Wracając drogi były bardziej puste, a włączone radio otulało nas przyjemną muzyką. Zatrzymaliśmy się na moją prośbę niedaleko parku. Padał deszcz, a ja miałam nieodpartą ochotę iść tamtą ścieżką.
-Możesz już jechać. Jeśli chcesz, oczywiście. – oznajmiłam mu odpinając pasy bezpieczeństwa
-Pada deszcz, a ty chcesz iść na piechotę? Kim jesteś i co zrobiłaś z Lil? – nazwał mnie zdrobniale, na co moje policzki stały się lekko purpurowe
-Muszę pooddychać świeżym powietrzem. Kręci mi się w głowie. – skłamałam na poczekaniu wychodząc z auta
-Nie ma mowy, żebym puścił cię samą. Odprowadzę cię pod drzwi.
Szliśmy tym razem w milczeniu obok siebie trącając się czasem ramieniem. W pewnym momencie zerknęłam na ławkę niedaleko wyjścia i on wciąż tam siedział. Mokry od kropel spadających z nieba, intrygujący, wpatrujący się we mnie z lekkim uśmiechem.
-Kto to jest? – mruknął niezadowolony Maciek wywiercając w mojej osobie wielką dziurę swoim świdrującym  wzrokiem
-Nie wiem. – skłamałam po raz drugi
Kiedy bezimienny Włoch wciąż się we mnie wpatrywał blondyn przybliżył się do mnie obejmując mnie w talii i nałożył na moje ramiona swoją kurtkę. Rzucił mu groźne spojrzenie i zbliżył ponownie moje ciało do swojego. Włoch jedynie kiwnął do mnie głową uśmiechając się tajemniczo w ogóle nie zwracając uwagi na Maćka idącego obok mnie krok w krok.
Oniemiałam lekko spuszczając głowę nie będąc zdolna do wykonania żadnego innego ruchu. Tego właśnie było mi trzeba. Przyjaciela, który się we mnie zakochał i był zazdrosny o każde najmniejsze spojrzenie innego  i nieznajomego faceta, który zawsze pojawiał się wraz z znienawidzonym przeze mnie deszczem.
-----------------
Przepraszam za małe opóźnienie, ale kiedy wczoraj zaczęłam pisać nowy rozdział zaczął padać deszcz i po prostu nie mogłam powstrzymać się od podziwiania go. Jak wam się podobają bohaterowie?  Ogólnie czy tematyka opowiadania wam się podoba? Piszcie swoje odczucia, mówcie, jeśli coś wam nie odpowiada, a jeszcze bardziej ogóle bądźcie aktywni!
Rozdział dedykuje Patrycji Dzikowskiej, która jest tu ze mną od bardzo dawna i swoimi komentarzami wywołuje uśmiech na mojej twarz. DZIĘKUJĘ!
Zaczęły się wakacje. Co się z tym równa? Częściej dodawane rozdziały. Ale nic za darmo nie ma i to od waszych komentarzy zależy, kiedy będzie on dodany (taka zła ja).
Gdyby ktoś, coś chciał wstawiam link do mojego fb 
https://www.facebook.com/kasia.drzewiecka.18

Btw zapraszam na mój drugi blog, prowadzony z przyjaciółką,  gdzie możecie poznać mój światopogląd :) http://between-feelings-and-mind.blogspot.com
Do zobaczenia wkrótce!
Kasia xxx