piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 3

Minął tydzień od ostatniego deszczu i od mojego ostatniego spotkania z Włochem, który pojawiał się i znikał wprowadzając zamęt w moim życiu i będąc na tyle bezczelnym, aby się nawet nie przedstawić.  
Z jednej strony cieszyłam się. Nie widziałam deszczu od równych siedmiu błogich dni. Nie zmokłam, nie miałam kataru i nie musiałam pić hektolitrów ciepłej herbaty, by jakoś poprawić sobie humor. Byłam nawet trochę milsza i nie nakrzyczałam na małe dziecko, które wylało na mnie sok, kiedy mijaliśmy się na ulicy w zeszłą środę podczas wyprzedaży w sklepie spożywczym. 
Czułam jednak pewnego rodzaju pustkę. Dziurę, której nie sposób było zapełnić, ponieważ nie wiedziałam nawet, co jest tego przyczyną. Jak więc mogłam znaleźć skuteczne antidotum, dzięki któremu przespałabym calutką noc bez choćby jednej pobudki i nie doprowadzić po raz czwarty w tym tygodniu to wykipienia zupy? Coś na dnie mojego umysłu mówiło mi, że nie wszystko jest tak, jak powinno być. Ten nieznajomy facet zafascynował mnie i zaintrygował do tego stopnia, że zaczęło mi go brakować. On jednak pojawiał się tylko i wyłącznie wraz z deszczem. Stałam, więc między młotem, a kowadłem nie wiedząc, czego tak naprawdę pragnę. A jeśli ja nie rozumiałam samej siebie, nikt inny raczej nie mógł tego dokonać za mnie. 
Kolejny problem pojawiał się z Maćkiem. I może każda inna dziewczyna na tej Ziemi powiedziałaby, że ten upierdliwy chłopak był darem prosto z niebios, ale nie ja, jak zwykle zresztą. Zaczęło się od wspólnego wychodzenia na zakupy. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby to nie przeniosło się do jedzenia wspólnych obiadów w restauracji. W pewnym momencie obiady przeistoczyły się w kolacje przy świecach, co Maciek uważał za „przyjacielski gest”, a nim się obejrzałam codziennie rano miałam śniadanie do łóżka. Jak się później dowiedziałam, blondyn „pożyczył” kluczyk do mojego mieszkania i przyczepił go do swoich tym samym mając dostęp do mojego lokum dwadzieścia cztery godziny na dobę. Także w późne sobotnie popołudnie, takie jak dzisiaj.
- Może obejrzymy wieczorem film u mnie? – zapytał, kiedy zmywał naczynia tym razem po pesto ze świeżą bazylią, które własnoręcznie przygotował, dbając przy tym o moją zdrową dietę
Jakżeby inaczej.
- Maciek… - westchnęłam patrząc się na niego znacząco 
Zaprzestał na chwilę zmywania opierając się rękoma o blat kuchenny. Jego mięśnie pleców pod tym ruchem napięły się. Widziałam dokładnie ich ruchy pod przyległą, szarą koszulką, która je uwydatniała. Starałam się wypędzić te myśli z własnej głowy, ale okazało się to być ponad moje siły. 
- To tylko film. Przecież nie zwiąże cię liną i nie zamknę w łazience bylebyś tylko ze mną została. Daj już spokój i nie zachowuj tych wszystkich cholernych granic. Przez to chore coś, co zrodziło się Bóg jeden wie, kiedy w twojej ślicznej główce nie wiem nawet, czy mogę cię dotknąć lub przy tobie oddychać, co może bardzo utrudniać nasze relację. – mówił szybko odwracając się i wbijając we mnie lodowaty, przeszywający wzrok 
Podjęłam się wyzwania i spróbowałam go utrzymać, jednak już po kilku chwilach spuściłam zakłopotana głowę. 
Było w tym trochę racji. Próbowałam wyznaczać restrykcyjne granicę, których starałam się nie łamać. Wymyślałam coraz to nowsze zakazy dla samej siebie, aby nie przekroczyć tej cieniutkiej granicy między przyjaźnią, a… czymś więcej. 
- Przepraszam. – szepnęłam cały czas mając wzrok wbity w ziemię – Tylko ten raz. Jeden film. - obiecałam, choć wątpliwości krążyły usilnie po mojej głowie wprawiając mnie w dziwne uczuci 
Podszedł do mnie i objął niepewnie, na co oddałam jego uścisk biorąc głęboki wdech i nieświadomie napawając się jego mocnymi perfumami. Tymi, które kupiłam mu na urodziny kilka miesięcy temu. 
- Będę się zbierał. Bądź u mnie o dwudziestej, dobrze? – mówił wciąż trzymając mnie w lekkim uścisku 
- Dobrze. – odpowiedziałam odsuwając się od niego uśmiechając się przy tym delikatnie 
Odprowadziłam chłopaka do przedpokoju, gdzie ubrał buty i wyszedł posyłając mi wcześniej wdzięczny uśmiech. Przyłożyłam czoło do zimnej ściany opierając o nią także ręce. 
- Jestem kretynką. – warknęłam do samej siebie licząc na to, że moje problemy cudownie rozwiążą się same
Jak też myślałam nic się nie stało, czego raczej można się było spodziewać. 
Ruszyłam w stronę łazienki myśląc o tym, że gorący prysznic był jedyną rzeczą, na którą obecnie miałam ochotę i tylko to mogło mi pomóc. W trakcie kąpieli zawsze łatwiej mi się myślało, toteż znowu łudziłam się, iż cokolwiek przyjdzie mi do głowy, jak cały ten bałagan posprzątać. Najlepiej za jednym zamachem. Odkręciłam kurek z gorącą wodą i włączyłam melodię pianina, która uspakajała mnie i wprawiała w pewnego rodzaju melancholię. Rozebrałam się i zanurzyłam pod strumień, który natychmiast zaczął oblewać całe moje ciało. Ciepła para otulała mnie sprawiając, że moje mięśnie rozluźniały się, a umysł oczyszczał. Kilkanaście minut później ubrana w rzeczy domowe w postaci znoszonych dresów i za dużej o kilka rozmiarów koszulki stałam przy oknie pocierając ręcznikiem mokre włosy. Widok z mojej kamienicy nie był wielce piękny. Wszędzie, gdzie mój wzrok mógł sięgnąć widziałam inne budynki. Wyjątek stanowił jednak park, z którego wyjście znajdowało się tuż koło mojej kamienicy. Machinalnie zerknęłam na ławkę, która stała pusta od ostatniego deszczu okazjonalnie będąc zajmowana przez starszego pana, który palił tam swoją równie starą, drewnianą fajkę lub matkę z dwójką urwisowatych dzieci, których jakże bardzo nie lubiłam. 
To był impuls, kiedy pobiegłam po ciepłą bluzę i z jeszcze lekko mokrymi włosami wybiegłam na dwór kierując się do wcześniej widzianego obiektu. Lekko zdyszana po krótkim biegu doszłam do wniosku, że moja kondycja pozostawia sobie wiele do życzenia. 
Oparłam się wygodnie o jasnobrązową powierzchnię wysuwając przed siebie nogi przy okazji rozciągając się. Zastanawiałam się, co takiego ciekawego może być w tej ławce, że mój obiekt zainteresowań postanowił wybrać właśnie ją. Jakby nie mogła to być jedna z miliardów innych ławek. Dłonią przejeżdżałam po jej fakturze, kiedy nagle moje place trafiły na małe zawiniątko między twardymi, chropowatymi szczebelkami. Otworzyłam oczy rozprostowując zagiętą niebieską karteczkę. 
„Bóg obdarzył nas oczami, abyśmy patrzyli. 
Słuchem, abyśmy słuchali. 
Umysłem, abyśmy myśleli. 
Zamiast zastanawiać się, zacznij z tego korzystać. 
Obserwuj i wyciągaj wnioski.
Flavio x” 
Zmarszczyłam brwi i po krótkim zastanowieniu postanowiłam zastosować się do rady, którą zostawił mi mój nieznajomy Włoch niebędącym już w tamtym momencie tak bardzo nieznajomym, jak był kilka minut wcześniej. W końcu znałam już jego imię.
Wytężyłam bardziej umysł pozostawiając problemy i wątpliwości, a skupiając się na bodźcach, które do mnie docierały. Odchyliłam głowę do tyłu zamykając oczy i biorąc głęboki wdech. Powietrze było suche i ciężkie, a temperatura w cieniu wydawała się być stanowczo za duża, nawet jak na temperaturę w słońcu, co spotkało się z moim głębokim niezadowoleniem. Przejmujące ciepło otoczyło moje ciało powodując, że koszulka zaczęła przyklejać się do pleców i brzucha. Słyszałam na pobliskim drzewu śpiew ptaków, a w oddali dźwięk dzwona zawieszony przy wejściu do sklepu spożywczego, który obwieszczał nowego klienta. 
Po chwili uzmysłowiłam sobie, że to działa. Wszystko stało się, jakby łatwiejsze, prostsze i bardziej klarowne. Przynajmniej do momentu, kiedy zawibrował mój telefon. 
„Mam nadzieję, że lubisz czerwone wino. Jeszcze nie miałem okazji go z tobą spróbować, więc może być ciekawie. Maciek xx” 
- Może ma ktoś jeszcze trzecią wiadomość. – fuknęłam 
Chciałam mu jak najszybciej odpisać byleby tylko wrócić do wcześniejszego błogostanu, jakiego dane mi było posmakować.  
„Nawet nie licz na to, że będę się przy tobie upijać” – odpisałam na smsa i nim zdążyłam znów wyciągnąć przed siebie nogi dostałam kolejną odpowiedź 
„Czyli nie mam, co liczyć na małą czarną? Lub zbyt małą…?” 
- Uduszę go kiedyś. – westchnęłam głęboko i wstałam z ławki rezygnując z chwili przyjemności 
Moje poirytowanie sięgało zenitu, włosy zaczęły się kręcić, a wczoraj robiony paznokieć u kosmetyczki złamał. Kolejne pasma niepowodzeń ciągnęły się za mną, a dopiero, co przyjęta mantra poszła w zapomniane wraz z moim dobrym humorem. Nie zajęło mi długo uzmysłowienie sobie, że mam paskudne wahania nastrojów i wszystko potrafi mnie zdenerwować. 
Postanowiłam popracować nad tym odrobinę później. Na przykład po tym nieszczęsnym filmie. 
Kolejnym nieszczęściem była godzina. Do dwudziestej pozostało mi czterdzieści minut w tym dwadzieścia marszu, ponieważ trzy dni temu mój kochany samochód postanowił przejść na emeryturę żegnając się z czynną jazdą odchodząc tym samym na złomowisko. Bosko. 
Pędem pobiegłam do szafy, z której wybrałam czarne legginsy przed kostkę oraz białą koszulkę oversize z logiem Nirvany. Zerknęłam do lustra patrząc posępnie na rude loki, które powoli kręciły się coraz mocniej zasłaniając mi teraz pół twarzy i zamieniając się w znaną tylko dla siebie pomarańczową dżunglę. Postanowiłam je jedynie rozczesać zdając sobie sprawę, że nic więcej z nimi nie zrobię, nawet gdybym wykonała trudne dla mnie zabiegi kosmetyczne, jak prostowanie i układanie za pomocą pianki, gumy do włosów, czy czego tam teraz nie wymyślili. Wykonanie makijażu zajęło mi zdecydowanie najwięcej czasu. Namalowałam na powiece smoky eyes i dodatkowo wytuszowałam rzęsy. Lubiłam taki „mocny” makijaż i nie przejmowałam się tym, że wielu ludziom to przeszkadzało. Zgarnęłam z łóżka telefon i po nałożeniu skórzanej kurtki zamknęłam na klucz mieszkanie i ruszyłam w stronę kamienicy Maćka. Spacer, jak się później okazało zajął mi więcej niż myślałam. Starając się zrozumieć intencje Flavia i jego niebieskiego liściku zamyślona zwolniłam tępa dodatkowo skręcając w złą uliczkę. Kiedy wreszcie się ocknęła okazało się, że jestem zupełnie na innym osiedlu. Cofanie się i dotarcie do celu okazało się trwać około godziny. 
Kiedy wreszcie przestąpiłam bez pukania próg odpowiedniego mieszkania zostałam wspaniale przywitana. 
- Zwariowałaś?! Dzwonię do ciebie od pół godziny, a ty nie odbierasz telefonu. Zawsze byłaś na czas. – krzyczał Maciek wymachując rękoma i nakręcając się coraz bardziej niczym katarynka – Ja tu od zmysłów odchodzę! 
- Oczywiście, bo przecież ktoś po drodze mógł mnie zabić, zgwałcić, porwać lub pobić. – westchnęłam zdejmując buty i powłóczyłam do kuchni, gdzie wyjęłam z lodówki butelkę wody 
- Lub wszystko na raz. – blondyn zmaterializował się obok mnie stojąc tuż za moimi plecami 
- Daj spokój, przecież… - nie zdążyłam dokończyć, ponieważ kiedy tylko odwróciłam się poczułam miękkie, wąskie usta na swoich 
Upuściłam wodę, która natychmiast zaczęła się rozlewać mocząc coraz bardziej nasze stopy. Nie zareagowałam w pierwszej chwili. W mojej głowie toczył się zamęt. On jednak nie odpuszczał delikatnie masując moje wargi swoimi czekając na jakikolwiek odzew, choćby nawet odepchnięcie. I właśnie w tym momencie postanowiłam posłuchać tej dziwnej mantry oddając pocałunek i zakładając ręce na jego kark. 
Chwilę później usłyszałam duże krople deszczu odbijające się od szyby. 
-----------------------
Wracam do was po sporym czasie z dosyć krótkim rozdziałem, jak na mnie, ale trochę się w nim dzieje, więc mam nadzieje, że to się jakoś rekompensuje. Szczerze, to byłam na was zła. 115 tysięcy wyświetleń, a komentarzy co kot napłakał. Domyślam się, że na złość chyba przestałam pisać, ale za bardzo za tym tęsknie.
Mam takie przeczucie, że to opowiadanie to klęska. Totalnie bez fabuły, ładu i składu, ale cóż... chyba nie mam zbytniego wyboru.
Do pisania zmotywowała mnie nowa czytelniczka/przyjaciółka Dżulia, więc należą się jej brawa *Clap along if you feel like happiness is the truth*
Żyję tę piękną nadzieją, że tym razem komentarzy będzie dużo, a ja jeszcze w tym tygodniu wrócę do was z nowym rozdziałem.
Nadzieja jednak matką głupich, więc... 

DO ZOBACZENIA! xx