poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 4

Byłam tchórzem. Zdecydowanie, nieodwołalnie, stanowczo i w stu procentach.
Krople deszczu wybijały swój stały rytm odbijając się od przeźroczystej szyby, mojego okna, z którego widok wychodził na pobliski park, który doprowadzał mnie zarówno do skraju irytacji, jaki i tego charakterystycznego, miłego mrowienia w brzuchu. Otworzyłam lekko oczy, mrużąc je po chwili i z powrotem zamykając, licząc na to, że znowu powrócę do krainy snu. Czułam przejmujące ciepło ciała dociśniętego do mojego i długiego ramienia, które obejmowało mój brzuch, przyciskając jeszcze bliżej do siebie tak, że nie było pomiędzy nami nawet milimetra przestrzeni.
Gwałtownie otworzyłam oczy zdając sobie sprawę z tego, co się stało. Przeklęłam cicho pod nosem przecierając dłonią zmęczoną twarz. Zdecydowanie nie tak miało się to skończyć. To miał być tylko jeden pocałunek. Jeden! A nie kilkanaście i ich daleko przekraczające granice pocałunku następstwa.
Zaczęłam wykręcać się z uścisku Maćka podnosząc jego rękę i podkładając szybko pod nią poduszkę, na której jeszcze przed chwilą wygodnie leżała moja głowa. Złapałam za ubrania leżące wokół łóżka i zaczęłam ubierać się w biegu. Nigdy nie byłam jednocześnie tak szybka i tak cicha, jak właśnie w tamtym momencie. Zerknęłam na zegarek zdając sobie sprawę, że mam coraz mniej czasu. Chłopak mógł się w każdej chwili obudzić, a taka sytuacja byłaby dość niezręczna. On tulący się do poduszki, zamiast do mnie i ja z jedną nogą poza jego mieszkaniem, z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Wyszłam na zimny, jesienny deszcz nawet nie przejmując się nałożeniem kaptura. Przekleństwa raz po raz wymykały się spomiędzy moich ust, a uczucie gniewu i bezradności wyżywałam na malutkich kamyczkach, które kopałam ze złością idąc prędko chodnikiem.
Byłam żałosna. Tego także nie mogłam poddać wątpliwością. Uciekłam z mieszkania mojego przyjaciela, z którym wieczór wcześniej się przespałam na własne życzenie zostawiając mu na szafce nocnej wymięty skrawek kartki ze słowem „przepraszam”. Gdyby tylko można było zapaść się pod ziemię, jestem pewna, że tkwiłabym w glebie od dobrych kilku godzin.
Wyjęłam znowu telefon z tylnej kieszeni dżinsów nerwowo sprawdzając godzinę. Na wyświetlaczu ujrzałam ósmą czterdzieści w sobotę, co najprawdopodobniej oznaczało, że od kilku minut nie posiadałam przyjaciela, który z zaskoczeniem obudził się w pustym łóżku. Wkładając z powrotem komórkę natrafiłem opuszkiem palca, na małe zawiniątko, które od razu wyciągnęłam z zaciekawieniem.
Rozłożyłam w dłoni niebieską karteczkę, którą znalazłam wczoraj w parku, zanim poszłam do Maćka i doprowadziłam do największej katastrofy, do jakiej tylko mogłam doprowadzić.
„Bóg obdarzył nas oczami, abyśmy patrzyli.
Słuchem, abyśmy słuchali.
Umysłem, abyśmy myśleli.
Zamiast zastanawiać się, zacznij z tego korzystać.
Obserwuj i wyciągaj wnioski.
Flavio x”
Co to w ogóle miało znaczyć? I kim on w ogóle był, aby dawać i jakieś chore rady, których ja jak głupia się słucham? Moje sumienie na chwilę zrobiło się lżejsze. Teoretycznie, gdyby nie Flavio, nie poszłabym do Maćka, więc w sumie to była jego wina.
Wiedziałam, że moje rozprawianie na ten temat i licytowanie się sama ze sobą nie miało największego sensu, ale szukałam każdego, możliwego sposobu, aby tylko zagłuszyć poczucie winy i zrzucić niewidoczny ciężar z barków.
Przestąpiłam próg znanej kawiarni, którą odwiedzałam przynajmniej dwa razy w tygodniu, ze względu na niebiańską szarlotkę, jeszcze lepszą kawę i przystojnego barmana, który lubił mnie rozśmieszać, a ja lubiłam być rozśmieszana i zwracać jego uwagę. Momentalnie uderzył we mnie aromat świeżo mielonej kawy, tak charakterystyczny, tak pobudzający i tak bardzo perfekcyjny, że przystanęłam na chwilę, przemoknięta do suchej nitki by, choć przez chwilę móc przymknąć oczy i zachwycać się tym pięknym zapachem. Dodatkowa nuta cynamonu oraz wanilii tylko podwajały moją zapachową ekstazę.
Przez chwilę byłam w niebie. Szybko jednak przeniosłam się do rzeczywistości.
Skierowałam się od razu na sam koniec pomieszczenia, gdzie przysiadłam na krześle barowym naprzeciwko lady. Maksym – mój znajomy z największym skupieniem wykonywał wzorki na kawie marszcząc przy tym brwi i wystawiając koniuszek języka, co dawało uroczy, choć trochę śmieszny efekt. Otworzyłam torebkę wyjmując z niej portfel i odliczając dobrze zapamiętaną kwotę.
- Dawno cię u nas nie było, ruda. – głęboki, lekko ochrypły głos wyrwał mnie nagle z zamyślenia i całe moje liczenie poszło na marne, ponieważ liczba, którą miałam w głowie natychmiastowo wypadła pozostawiając po sobie migający znak zapytania
Zdecydowanie, nienawidziłam swojej wybujałej wyobraźni w tamtym momencie.
- Rzeczywiście, całe trzy dni. – sarknęłam, jednak na mojej twarzy wykwitł szeroki uśmiech uwydatniający nowy kolczyk z boku dolnej wargi – Dla mnie to, co zawsze.
Zaśmiałam się krótko, kiedy wciąż na mnie patrzył, ale jego ręce automatycznie naciskały przyciski w ekspresie. Chwilę później przede mną stała szarlotka na ciepło, z lodami waniliowymi oraz latte z podwójną pianką.
- Jak ty mnie dobrze znasz. – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i wzięłam pierwszy kęs ciasta, który wręcz rozpływał się w moich ustach
Rozkoszy jednak szybko ustąpiło niemiłe uczucie, które wciąż gościło w moim umyśle i mocno ściskało za gardło, jakby planowało cichą egzekucję najpierw zaczynając od duszenia.
Nie planowałam tego. Nie chciałam w swoim życiu zbędnych uczuć do Maćka. Nie chciałam jego zalotów i propozycji. Nie chciałam, żeby to, co było między nami potoczyło się w ten sposób.
A przede wszystkim nie chciałam jakiegoś tajemniczego mężczyzny, który prawił mi rady.
- Coś dzisiaj często odlatujesz. – chłopak po raz kolejny wyrwał mnie z zamyślenia
Kawa była już letnia, a lody prawie całkowicie rozpuściły się, co skutkowało tym, że za chwilę miały zacząć wylewać się z talerzyka. Szybko zabrałem się za jedzenie patrząc na niego bezbarwnym wzrokiem.
Nie zamierzałam się mu wyżalać. Nie było nawet takiej opcji, żebym publicznie użalała się nad swoim marnym losem. Mogłam to robić w głowie, katując samą siebie, ale nie przy kimś. Byłam zbyt dumna i zbyt pewna siebie, by to zrobić.
Jednak jego szare oczy wręcz zmuszały do refleksji i mówienia. Dlatego pierwszy raz w ciągu swojego życia zwierzyłam się komuś ze swoich problemów i niepewności. Kiedy skończyłam kawa była zimna, a ciasto całkowicie rozmiękło pod wpływem roztopionych lodów.
- Ci faceci mnie kiedyś wykończą. – westchnęłam żałośnie opierając czoło o blat i zamykając oczy
- To raczej ty wykończysz ich. Tyle się o ciebie chłopaków stara, że sami nie wiedzą, co mają robić, żebyś się do nich przekonała. – podsumował ze śmiechem rozpoczynając czyszczenie filiżanek
Spojrzałam się na niego gniewnie. Spodziewałam się, że obejdzie dzielącą nas blat, przytuli mnie mocno i powie, że to nie jest moja wina i żebym się nie przejmowała. Zamiast tego otrzymałam karcące spojrzenie mówiące „zdecyduj się wreszcie na kogoś”.
 Problem polegał na tym, że z mojej perspektywy nie było się, na kogo decydować. Flavio był kimś zupełnie obcym, tajemniczym i intrygującym, ale po pierwsze był obcy, a ja byłam nieufna w stosunku do nieznajomych osób. Maciek za to miał wszystko, czego chciałam. Był przystojny, szarmancki i pewny siebie. Lubił szaleństwo i nie bał się ryzykować. Ale Maciek był przyjacielem. Tylko i wyłącznie.
Przynajmniej w to chciałam wierzyć.
- Dzięki za wsparcie. – mruknęłam udając niezadowoloną, choć prawdę mówiąc odrobinę mi pomógł
Czułam pewnego rodzaju ulgę, a część problemów stała się na tę chwilę nieistotna. Musiałam to jedynie przemyśleć i postanowiłam przeczekać największą burzę. Nie było to rozwiązaniem, ale łudziłam się, że jeśli dam czas Maćkowi on także zrozumie, że to, co zrobiliśmy było błędem. Pierwszym z tak wielu, które popełniłam.
Jeśli wcześniej myślałam, że deszcz mocno padał myliłam się. Przede mną roztaczało się prawdziwe oberwanie chmury, a pierwsza rzecz, jaka przemknęła mi przez myśl to wystawienie środkowego palca ku niebu. Mój pech życiowy nie znał granic.
Cała mokra, z najprawdopodobniej rozmazanym makijażem i pokręconymi włosami niczym mu afro amerykanki szłam przez park wiedząc doskonale, że on tam będzie. Nie myliłam się, ponieważ on już mnie zauważył i z szerokim uśmiechem wpatrywał się we mnie zakładając ręce na piersi. Mój gniew urósł jeszcze bardziej i byłam w stanie jedynie zaciskać i rozluźniać pięści, aby się uspokoić.
Chciałam podejść do niego i najprościej w świecie zetrzeć ten głupawy uśmiechasz z przystojnej twarzyczki prawym sierpowym, ale w porę się opanowałam i usiadłam obok niego z twarzą czerwoną od złości.
- Widzę, że mój list dotarł. – patrzy na niebieską karteczkę, którą wciąż ściskam w dłoni
Rzuciłam nią w niego i oparłam łokcie na kolanach chowając twarz w dłoniach. Wszystkie emocje nagle ze mnie wypłynęły za pomocą łez, których na szczęście nie widział. Dostrzegł jednak, że moje ciało niekontrolowanie drżało, a palce raz po raz przecierały oczy.
- Czyli zbyt dużo obserwowania i myślenia. – westchnął, po czym objął mnie delikatnie czekając na moje przyzwolenie
Chwilę później tkwiłam w jego ramionach wstrząsana głośnym szlochem, który choć trochę zagłuszała jego skórzana kurtka. Nie rozumiałam samej siebie i spodziewałam się, że on także nie rozumiał mnie, ale właśnie w tej chwili potrzebowałam czyjegoś ciepłego ciała, które kołysałby moim w geście pocieszenia.
- Wszystko spieprzyłam. – wycharczałam ledwo słyszalnie, ale on to usłyszał, na co jedynie kiwnął głową, jakby już wiedział i rozumiał
Dał mi kilka minut na uspokojenie się, podczas których moje myśli wyrywały się w różnych stronach odbijając się od mojej czaszki i doprowadzając mnie do ogromnego bólu głowy.
- Co tym razem zrobiłaś? – szepnął na moje prawe ucho
Jego ciepły oddech owiał moją szyje, na którą momentalnie wstąpiła gęsia skórka, a po niej natychmiast wstąpiły dreszcze. Jeszcze bardziej wtuliłam się w niego, jakbym chciała uciec od prostej odpowiedzi. Zapragnęłam nagle odgrodzić się grubym murem, który pozwoliłby mi zostać wreszcie samą.
- Przespałam się z nim. – odpowiedziałam cicho i spłonęłam rumieńcem, który piął powoli się po mojej szyi aż po same cebulki włosów
 - Oh. – spojrzał się na mnie ze zdziwieniem i sapnął lekko marszcząc przy tym brwi – Czyli aż zanadto zastosowałaś się do mojej wiadomości. – podniósł ze swojego uda skrawek papieru
Ja także ściągnęłam brwi, a wcześniejsza złość nagle wróciła.
- Jesteś najdziwniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam. Pojawiasz się tylko w ten cholerny deszcz, wchodzisz z butami bez pytania w życie obcej dziewczyny, dajesz jej jakieś chore rady, jakbyś był niewiadomo, kim. – wybuchłam nagle od razu się od niego odsuwając i uświadamiając sobie, jak to musiało wyglądać z perspektywy osoby trzeciej
- Przeszkadza ci to? – zadał proste pytanie miażdżąc mnie spojrzeniem swoich prawie czarnych oczu
- Nie. – wypaliłam natychmiast, po czym pożałowałam tego
Na jego usta znów wstąpił ten pewny siebie uśmiech, jakby dokładnie zbadał moją dusze i wiedział, za które sznurki pociągnąć, aby doprowadzić mnie do autodestrukcji.
- Opowiedz mi coś o sobie. – poprosiłam wpatrując się w niego ze zdziwieniem, kiedy chwile później zaczął podnosić się z ławki
Deszcz przestał padać.
- Na wszystko przychodzi swój czas. – odpowiedział tonem profesjonalnego filozofa i zaczął się oddalać w przeciwnym kierunku, niż do mojego mieszkania
Wstałam zmieszana i ruszyłam do kamienicy dopiero wtedy zdając sobie sprawę, jak bardzo było mi zimno i jak bardzo mój telefon nieustannie wibrował. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę zszokowana dostrzegając trzydzieści nieodebranych połączeń i dwadzieścia nowych wiadomości. Odebrałam pierwszą z nich i znowu poczułam znajomy uścisk w żołądku.
„Taki był twój plan? Przepraszam, że nie zrozumiałem od razu.”
Długie jęknięcie wydobyło się z moich ust, które ułożyły się w grymasie protestacji. Wczołgałam się do mieszkania, a z moich ubrań wciąż kapała woda. Odłożyłam telefon na szafkę, ale tym razem wyłączyłam go.  Nie odpowiedziałam na nic. Strach paraliżował moje ciało, a mózg starał się jak najbardziej wydłużyć czas do konfrontacji z chłopakiem.
Nie przejmując się już zupełnie niczym zrzuciłam z siebie wszystkie ubrania pozostając jedynie w czarnej bieliźnie. Skierowałam się prędko do kuchni nastawiając wodę na herbatę. Między moimi nogami dreptała mała, puchata kuleczka. Prada spojrzała się na mnie z wyrzutem, po czym podbiegła do swojej pustej miseczki. Z przepraszającym wyrazem twarzy nałożyłam jej karmy i podrapałam za uchem, czym udobruchałam ją do końca. Cieszyłam się, że przynajmniej mój, kto był tak mało wymagający i tak łatwo potrafił wybaczać.
Nie zdążyłam jednak zanurzyć ust w gorącym trunku, który zaparzyłam chwilę wcześniej, ponieważ usłyszałam głośny trzask drzwi. Kilka sekund później w całej swojej okazałości stał przede mną wściekły do granic możliwości Maciek. Z jego oklapniętych blond włosów sączyła się woda, która torowała sobie wąskie drużki wzdłuż jego twarzy. Ramiona miał mocno napięte, a mięśnie idealnie odznaczały się na jego przyklejonej do ciała koszulce. Przełknęłam głośno ślinę odwracając głowę w bok, kiedy rozumiałam, że patrzyłam się na niego zbyt długo i zbyt wygłodniałym wzrokiem.
- Wiesz, co? Byłem naprawdę idiotą. Największym, jakiego widział świat. – zatrzymał się na chwilę pokonując dwa kroki w moim kierunku. Czekałam, aż zacznie mnie przepraszać i tłumaczyć się – Byłem idiotą, ponieważ zaufałem ci, zaprzyjaźniłem się z tobą i na dodatek się w tobie zakochałem. A wiesz, dlaczego? – zapytał gniewnie, a ja wpatrywałam się w niego niedowierzając – Myślałem, że wszystko się pięknie ułoży, a ty wreszcie odwzajemnisz moje uczucia. Wczoraj w ciągu kilku godzin spełniły się moje najskrytsze pragnienia, które tliły się w moim umyśle od tak dawna. A kiedy obudziłem się rano ciebie nie było. Wszystko po prostu prysło niczym bańka mydlana, ale pomyślałem, że może to ja popełniłem błąd. Na początku byłem zły, lecz potem doszedłem do wniosku, że to dla ciebie może być za szybko. Wiesz, co było dalej? – zadał kolejne pytania i znów przybliżył się. Nasze szybkie oddechy zaczęły się ze sobą mieszać. – Dzwoniłem, pisałem, ale nie reagowałaś, więc postanowiłem cię odwiedzić osobiście. Skręcam na twoją ulicę i co widzę? Ciebie wtuloną w jakiegoś pieprzonego fagasa, który posyłał ci maślane oczy, a ty dałaś się na to nabrać. Czyli tak to sobie zaplanowałaś? W dzień on, a w nocy ja?! Nie mogę uwierzyć, że byłaś do tego zdolna, żeby tak mnie oszukać! – krzyknął trzęsąc się ze złości i nagle oddalając się ode mnie gwałtownie pozostawiając po sobie nieprzyjemny chłód
Gniew wezbrał także we mnie. Nie miał prawa tak o mnie i do mnie mówić. Nikt takiego prawa nie miał.
- Może, więc dla odmiany zostaw mnie po prostu w spokoju i zajmij się swoim życiem?! – odkrzyknęłam, a szklanka, którą miałam w ręce nagle się z niej wysunęła uderzając głucho o białe kafelki
Przestraszona Prada z miałknięciem wybiegła z pomieszczenia chowając się za sofą. Chętnie robiłabym to samo.
- Nie mogę, ponieważ do cholery od dwóch lat cię kocham! – odpowiedział mi roztrzęsiony tym razem dużo ciszej
- Czy ty wreszcie kiedyś pojmiesz, że ja tego nie odwzajemniam? Nie odwzajemniałam, nie odwzajemniam i nie odwzajemnię. Mam ci to przeliterować?! Nie kocham cię! Wczorajsza sytuacja była chwilą zapomnienia i zabawą! -  krzyczałam w amoku nie zwracając uwagi na ból w jego oczach, który narastał z każdym moim słowem, które samoistnie się ze mnie wydobywały, bez żadnego zastanowienia
Staliśmy tak w ciszy dopóki on bez słowa odwrócił się i wyszedł z mieszkania z trzaśnięciem.
Z mojego gardła wydarł się głośny krzyk, po czym upadłam na ziemię tuż obok rozbitego szkła łkając głośniej, niż kiedykolwiek.
--------------
Powracam, ponieważ nie potrafiłabym zrezygnować zarówno z was, jak i z bloga. Jak podoba się rozdział? Jest dłuższy, niż dotychczasowe posty, więc myślę, że to wpływa na jego korzyść.
Pomyślałam, że stworzę Twittera poświęconego blogowi, więc łapcie LINK. Możecie do mnie pisać, pytać o postępy w pisaniu, itd. JESTEM CAŁA DLA WAS!
Jeśli chcecie właśnie poprzez tę stronę być informowani o nowych rozdziałach wpisujcie swoje nazwy w komentarzu :)
Do zobaczenia niedługo, liczę, że będziecie na TT aktywni, a komentarzy będzie dużo!
WARUNEK 10 opinii = nowy rozdział
Kasia xx

czwartek, 7 sierpnia 2014

New me, new start, new story.

Mam wam do przekazania smutne wieści. Zaczynam się głęboko zastanawiać nad tym, czy jest sens prowadzenia tego bloga. Czemu? Ponieważ nie widzę większych powodów pisania dla 5 osób. Wiem, że w gruncie rzeczy to moja wina. Nie powinnam rezygnować z bloga w marcu, ale to była decyzja podjęta w przeciągu minuty. Jak widać niekoniecznie dobrze przemyślana.
Na blogu jest 116 tysięcy wyświetleń. Nie 10 tys, nie 20, ale DO CHOLERY 116 TYSIĘCY. Wiem, że najprawdopodobniej się w tym momencie na was wyżywam, ale liczyłam na coś więcej przy takiej liczbie.
Wiele rzeczy się skomplikowało. Powinnam już kończyć książkę, a za przeproszeniem jestem w dupie. Super opowiadanie, które w moich i mojej nauczycielki oczach było genialne okazało się takie nie być. Nie mam TOTALNIE pomysłu na The Name Of Rain, choć sam zarys historii jest całkiem dobry.
Cichutko liczyłam na to, że jeśli wrócę przywitacie mnie z otwartymi ramiona. Was jednak... po prostu nie ma.
Dlatego jeśli pod tym postem nie zobaczę jakiejkolwiek poprawy w komentarzach po prostu odchodzę. Będę pisać do szuflada, tak jak robiłam to przez wiele lat. Jest mi niezmiernie przykro, ale nie pozostawiacie mi wyboru.
MOŻE to być zaledwie kropka, nie będę wybrzydzać. Chcę jedynie wiedzieć, ile was tu jest.
Jeszcze raz przepraszam.
Mam nadzieje, że następny post, nie będzie postem pożegnalnym.

piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 3

Minął tydzień od ostatniego deszczu i od mojego ostatniego spotkania z Włochem, który pojawiał się i znikał wprowadzając zamęt w moim życiu i będąc na tyle bezczelnym, aby się nawet nie przedstawić.  
Z jednej strony cieszyłam się. Nie widziałam deszczu od równych siedmiu błogich dni. Nie zmokłam, nie miałam kataru i nie musiałam pić hektolitrów ciepłej herbaty, by jakoś poprawić sobie humor. Byłam nawet trochę milsza i nie nakrzyczałam na małe dziecko, które wylało na mnie sok, kiedy mijaliśmy się na ulicy w zeszłą środę podczas wyprzedaży w sklepie spożywczym. 
Czułam jednak pewnego rodzaju pustkę. Dziurę, której nie sposób było zapełnić, ponieważ nie wiedziałam nawet, co jest tego przyczyną. Jak więc mogłam znaleźć skuteczne antidotum, dzięki któremu przespałabym calutką noc bez choćby jednej pobudki i nie doprowadzić po raz czwarty w tym tygodniu to wykipienia zupy? Coś na dnie mojego umysłu mówiło mi, że nie wszystko jest tak, jak powinno być. Ten nieznajomy facet zafascynował mnie i zaintrygował do tego stopnia, że zaczęło mi go brakować. On jednak pojawiał się tylko i wyłącznie wraz z deszczem. Stałam, więc między młotem, a kowadłem nie wiedząc, czego tak naprawdę pragnę. A jeśli ja nie rozumiałam samej siebie, nikt inny raczej nie mógł tego dokonać za mnie. 
Kolejny problem pojawiał się z Maćkiem. I może każda inna dziewczyna na tej Ziemi powiedziałaby, że ten upierdliwy chłopak był darem prosto z niebios, ale nie ja, jak zwykle zresztą. Zaczęło się od wspólnego wychodzenia na zakupy. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby to nie przeniosło się do jedzenia wspólnych obiadów w restauracji. W pewnym momencie obiady przeistoczyły się w kolacje przy świecach, co Maciek uważał za „przyjacielski gest”, a nim się obejrzałam codziennie rano miałam śniadanie do łóżka. Jak się później dowiedziałam, blondyn „pożyczył” kluczyk do mojego mieszkania i przyczepił go do swoich tym samym mając dostęp do mojego lokum dwadzieścia cztery godziny na dobę. Także w późne sobotnie popołudnie, takie jak dzisiaj.
- Może obejrzymy wieczorem film u mnie? – zapytał, kiedy zmywał naczynia tym razem po pesto ze świeżą bazylią, które własnoręcznie przygotował, dbając przy tym o moją zdrową dietę
Jakżeby inaczej.
- Maciek… - westchnęłam patrząc się na niego znacząco 
Zaprzestał na chwilę zmywania opierając się rękoma o blat kuchenny. Jego mięśnie pleców pod tym ruchem napięły się. Widziałam dokładnie ich ruchy pod przyległą, szarą koszulką, która je uwydatniała. Starałam się wypędzić te myśli z własnej głowy, ale okazało się to być ponad moje siły. 
- To tylko film. Przecież nie zwiąże cię liną i nie zamknę w łazience bylebyś tylko ze mną została. Daj już spokój i nie zachowuj tych wszystkich cholernych granic. Przez to chore coś, co zrodziło się Bóg jeden wie, kiedy w twojej ślicznej główce nie wiem nawet, czy mogę cię dotknąć lub przy tobie oddychać, co może bardzo utrudniać nasze relację. – mówił szybko odwracając się i wbijając we mnie lodowaty, przeszywający wzrok 
Podjęłam się wyzwania i spróbowałam go utrzymać, jednak już po kilku chwilach spuściłam zakłopotana głowę. 
Było w tym trochę racji. Próbowałam wyznaczać restrykcyjne granicę, których starałam się nie łamać. Wymyślałam coraz to nowsze zakazy dla samej siebie, aby nie przekroczyć tej cieniutkiej granicy między przyjaźnią, a… czymś więcej. 
- Przepraszam. – szepnęłam cały czas mając wzrok wbity w ziemię – Tylko ten raz. Jeden film. - obiecałam, choć wątpliwości krążyły usilnie po mojej głowie wprawiając mnie w dziwne uczuci 
Podszedł do mnie i objął niepewnie, na co oddałam jego uścisk biorąc głęboki wdech i nieświadomie napawając się jego mocnymi perfumami. Tymi, które kupiłam mu na urodziny kilka miesięcy temu. 
- Będę się zbierał. Bądź u mnie o dwudziestej, dobrze? – mówił wciąż trzymając mnie w lekkim uścisku 
- Dobrze. – odpowiedziałam odsuwając się od niego uśmiechając się przy tym delikatnie 
Odprowadziłam chłopaka do przedpokoju, gdzie ubrał buty i wyszedł posyłając mi wcześniej wdzięczny uśmiech. Przyłożyłam czoło do zimnej ściany opierając o nią także ręce. 
- Jestem kretynką. – warknęłam do samej siebie licząc na to, że moje problemy cudownie rozwiążą się same
Jak też myślałam nic się nie stało, czego raczej można się było spodziewać. 
Ruszyłam w stronę łazienki myśląc o tym, że gorący prysznic był jedyną rzeczą, na którą obecnie miałam ochotę i tylko to mogło mi pomóc. W trakcie kąpieli zawsze łatwiej mi się myślało, toteż znowu łudziłam się, iż cokolwiek przyjdzie mi do głowy, jak cały ten bałagan posprzątać. Najlepiej za jednym zamachem. Odkręciłam kurek z gorącą wodą i włączyłam melodię pianina, która uspakajała mnie i wprawiała w pewnego rodzaju melancholię. Rozebrałam się i zanurzyłam pod strumień, który natychmiast zaczął oblewać całe moje ciało. Ciepła para otulała mnie sprawiając, że moje mięśnie rozluźniały się, a umysł oczyszczał. Kilkanaście minut później ubrana w rzeczy domowe w postaci znoszonych dresów i za dużej o kilka rozmiarów koszulki stałam przy oknie pocierając ręcznikiem mokre włosy. Widok z mojej kamienicy nie był wielce piękny. Wszędzie, gdzie mój wzrok mógł sięgnąć widziałam inne budynki. Wyjątek stanowił jednak park, z którego wyjście znajdowało się tuż koło mojej kamienicy. Machinalnie zerknęłam na ławkę, która stała pusta od ostatniego deszczu okazjonalnie będąc zajmowana przez starszego pana, który palił tam swoją równie starą, drewnianą fajkę lub matkę z dwójką urwisowatych dzieci, których jakże bardzo nie lubiłam. 
To był impuls, kiedy pobiegłam po ciepłą bluzę i z jeszcze lekko mokrymi włosami wybiegłam na dwór kierując się do wcześniej widzianego obiektu. Lekko zdyszana po krótkim biegu doszłam do wniosku, że moja kondycja pozostawia sobie wiele do życzenia. 
Oparłam się wygodnie o jasnobrązową powierzchnię wysuwając przed siebie nogi przy okazji rozciągając się. Zastanawiałam się, co takiego ciekawego może być w tej ławce, że mój obiekt zainteresowań postanowił wybrać właśnie ją. Jakby nie mogła to być jedna z miliardów innych ławek. Dłonią przejeżdżałam po jej fakturze, kiedy nagle moje place trafiły na małe zawiniątko między twardymi, chropowatymi szczebelkami. Otworzyłam oczy rozprostowując zagiętą niebieską karteczkę. 
„Bóg obdarzył nas oczami, abyśmy patrzyli. 
Słuchem, abyśmy słuchali. 
Umysłem, abyśmy myśleli. 
Zamiast zastanawiać się, zacznij z tego korzystać. 
Obserwuj i wyciągaj wnioski.
Flavio x” 
Zmarszczyłam brwi i po krótkim zastanowieniu postanowiłam zastosować się do rady, którą zostawił mi mój nieznajomy Włoch niebędącym już w tamtym momencie tak bardzo nieznajomym, jak był kilka minut wcześniej. W końcu znałam już jego imię.
Wytężyłam bardziej umysł pozostawiając problemy i wątpliwości, a skupiając się na bodźcach, które do mnie docierały. Odchyliłam głowę do tyłu zamykając oczy i biorąc głęboki wdech. Powietrze było suche i ciężkie, a temperatura w cieniu wydawała się być stanowczo za duża, nawet jak na temperaturę w słońcu, co spotkało się z moim głębokim niezadowoleniem. Przejmujące ciepło otoczyło moje ciało powodując, że koszulka zaczęła przyklejać się do pleców i brzucha. Słyszałam na pobliskim drzewu śpiew ptaków, a w oddali dźwięk dzwona zawieszony przy wejściu do sklepu spożywczego, który obwieszczał nowego klienta. 
Po chwili uzmysłowiłam sobie, że to działa. Wszystko stało się, jakby łatwiejsze, prostsze i bardziej klarowne. Przynajmniej do momentu, kiedy zawibrował mój telefon. 
„Mam nadzieję, że lubisz czerwone wino. Jeszcze nie miałem okazji go z tobą spróbować, więc może być ciekawie. Maciek xx” 
- Może ma ktoś jeszcze trzecią wiadomość. – fuknęłam 
Chciałam mu jak najszybciej odpisać byleby tylko wrócić do wcześniejszego błogostanu, jakiego dane mi było posmakować.  
„Nawet nie licz na to, że będę się przy tobie upijać” – odpisałam na smsa i nim zdążyłam znów wyciągnąć przed siebie nogi dostałam kolejną odpowiedź 
„Czyli nie mam, co liczyć na małą czarną? Lub zbyt małą…?” 
- Uduszę go kiedyś. – westchnęłam głęboko i wstałam z ławki rezygnując z chwili przyjemności 
Moje poirytowanie sięgało zenitu, włosy zaczęły się kręcić, a wczoraj robiony paznokieć u kosmetyczki złamał. Kolejne pasma niepowodzeń ciągnęły się za mną, a dopiero, co przyjęta mantra poszła w zapomniane wraz z moim dobrym humorem. Nie zajęło mi długo uzmysłowienie sobie, że mam paskudne wahania nastrojów i wszystko potrafi mnie zdenerwować. 
Postanowiłam popracować nad tym odrobinę później. Na przykład po tym nieszczęsnym filmie. 
Kolejnym nieszczęściem była godzina. Do dwudziestej pozostało mi czterdzieści minut w tym dwadzieścia marszu, ponieważ trzy dni temu mój kochany samochód postanowił przejść na emeryturę żegnając się z czynną jazdą odchodząc tym samym na złomowisko. Bosko. 
Pędem pobiegłam do szafy, z której wybrałam czarne legginsy przed kostkę oraz białą koszulkę oversize z logiem Nirvany. Zerknęłam do lustra patrząc posępnie na rude loki, które powoli kręciły się coraz mocniej zasłaniając mi teraz pół twarzy i zamieniając się w znaną tylko dla siebie pomarańczową dżunglę. Postanowiłam je jedynie rozczesać zdając sobie sprawę, że nic więcej z nimi nie zrobię, nawet gdybym wykonała trudne dla mnie zabiegi kosmetyczne, jak prostowanie i układanie za pomocą pianki, gumy do włosów, czy czego tam teraz nie wymyślili. Wykonanie makijażu zajęło mi zdecydowanie najwięcej czasu. Namalowałam na powiece smoky eyes i dodatkowo wytuszowałam rzęsy. Lubiłam taki „mocny” makijaż i nie przejmowałam się tym, że wielu ludziom to przeszkadzało. Zgarnęłam z łóżka telefon i po nałożeniu skórzanej kurtki zamknęłam na klucz mieszkanie i ruszyłam w stronę kamienicy Maćka. Spacer, jak się później okazało zajął mi więcej niż myślałam. Starając się zrozumieć intencje Flavia i jego niebieskiego liściku zamyślona zwolniłam tępa dodatkowo skręcając w złą uliczkę. Kiedy wreszcie się ocknęła okazało się, że jestem zupełnie na innym osiedlu. Cofanie się i dotarcie do celu okazało się trwać około godziny. 
Kiedy wreszcie przestąpiłam bez pukania próg odpowiedniego mieszkania zostałam wspaniale przywitana. 
- Zwariowałaś?! Dzwonię do ciebie od pół godziny, a ty nie odbierasz telefonu. Zawsze byłaś na czas. – krzyczał Maciek wymachując rękoma i nakręcając się coraz bardziej niczym katarynka – Ja tu od zmysłów odchodzę! 
- Oczywiście, bo przecież ktoś po drodze mógł mnie zabić, zgwałcić, porwać lub pobić. – westchnęłam zdejmując buty i powłóczyłam do kuchni, gdzie wyjęłam z lodówki butelkę wody 
- Lub wszystko na raz. – blondyn zmaterializował się obok mnie stojąc tuż za moimi plecami 
- Daj spokój, przecież… - nie zdążyłam dokończyć, ponieważ kiedy tylko odwróciłam się poczułam miękkie, wąskie usta na swoich 
Upuściłam wodę, która natychmiast zaczęła się rozlewać mocząc coraz bardziej nasze stopy. Nie zareagowałam w pierwszej chwili. W mojej głowie toczył się zamęt. On jednak nie odpuszczał delikatnie masując moje wargi swoimi czekając na jakikolwiek odzew, choćby nawet odepchnięcie. I właśnie w tym momencie postanowiłam posłuchać tej dziwnej mantry oddając pocałunek i zakładając ręce na jego kark. 
Chwilę później usłyszałam duże krople deszczu odbijające się od szyby. 
-----------------------
Wracam do was po sporym czasie z dosyć krótkim rozdziałem, jak na mnie, ale trochę się w nim dzieje, więc mam nadzieje, że to się jakoś rekompensuje. Szczerze, to byłam na was zła. 115 tysięcy wyświetleń, a komentarzy co kot napłakał. Domyślam się, że na złość chyba przestałam pisać, ale za bardzo za tym tęsknie.
Mam takie przeczucie, że to opowiadanie to klęska. Totalnie bez fabuły, ładu i składu, ale cóż... chyba nie mam zbytniego wyboru.
Do pisania zmotywowała mnie nowa czytelniczka/przyjaciółka Dżulia, więc należą się jej brawa *Clap along if you feel like happiness is the truth*
Żyję tę piękną nadzieją, że tym razem komentarzy będzie dużo, a ja jeszcze w tym tygodniu wrócę do was z nowym rozdziałem.
Nadzieja jednak matką głupich, więc... 

DO ZOBACZENIA! xx 

niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 2

Postawienie łóżka przy samym oknie miało swoje dobre, jak i złe strony. Zresztą, jak całe życie. Z jednej takie ustawienie dostarczało mi niesamowitych widoków w nocy, podczas kiedy gwiazdy świeciły tak jasno i tak pięknie, że mogłabym oddać za nie życie. W lato ciepłe promienie słońca wyrywały mnie z pobudki grając rolę darmowego, naturalnego i o wiele przyjemniejszego budzika. Ale nie było ani lata, ani nawet nocy. Była jesień, szósta rano, a z krainy Morfeusza wyrwały mnie lodowate krople deszczu wdzierające się przez niezamknięte okno. Fuknęłam w jego stronę i usiadłam na białej pościeli dotykając nagimi stopami zimnych paneli. Wiedziałam od początku, kiedy się tu wprowadziłam, że będzie mi za zimno, ale moja znajoma uparła się, że bez dywanu sypialnia wygląda o niebo lepiej. Przysięgam, że nigdy więcej się jej nie posłucham.
Nagle, tak po prostu, jakby to nie mogło stać się dwie minuty wcześniej lub później do mojego nosa dobiegł słodki zapach wanilii i czegoś, co wydawało mi się być naleśnikami. Od razu mina mi zrzedła, ponieważ wiedziałam, że o takim śniadaniu mogłam tylko pomarzyć, z powodu braku talentu kulinarnego, a sąsiadka z naprzeciwka była zrzędliwą babą po czterdziestce z pięcioma kotami, które syczały i gryzły każdego, kogo spotkały na swojej drodze.
Złapałam za miękki, puchowy szlafrok leżący na podłodze niedaleko szafki nocnej i otuliłam się nim próbując dostarczyć sobie odrobinę ciepła. Momentalnie zamknęłam okno, przez które wdzierały się zimne powiewy wiatru.
Spojrzałam na lustro będące wbudowane w szafę z ciemnego mahoniowego drewna. Widok, który w nim ujrzałam delikatnie mnie rozśmieszył. Sterczące na wszystkie strony płomienno rude włosy, podkrążone zielone oczy, będące wykończone po całonocnym maratonie czytania książek. Piegi rozsiane na całym nosie i kościach policzkowych. Wystające obojczyki, zwisająca z ramion za duża koszulka i przyległe, krótkie spodenki opinające w miarę szczupłe nogi. Wielu powiedziałoby „Cud! Ideał dla mnie!”. W sumie, to tak powiedziałby właśnie Maciek. Na samo wspomnienie jego przerażonej miny sprzed tygodnia, kiedy musiał wyjść ze sklepu zostawiając mnie na pastwę, tego paskudnego wytworu Matki Natury zachichotałam cicho. Wiem, że to nie była jego wina i nie miałam prawa się na niego choćby minimalnie gniewać, ale taka była moja pierwsza reakcja.
Deszcz należał do moich największych fobii, fanaberii, złej obsesji i jakkolwiek by to ktoś chciał inaczej nazwać dziwactw. Tak było od dzieciństwa. Pamiętam, kiedy byłam malutką dziewczynką, moja babcia siedziała na balkonie patrząc na deszcz krzyknęłam, że jest nienormalna. Dla mnie deszcz jednego dnia mógł być, a następnego dnia zniknąć i nigdy więcej się nie pojawić.
Tak samo „nienormalny”, jak moja babcia wydawał mi się tajemniczy Włoch, który tamtego pamiętnego dnia odprowadził mnie do domu. W ciągu tych siedmiu dni deszcz padał cztery razy. I właśnie cztery razy widziałam go siedzącego na tej samej ławce, na końcu parku, który znajdował się tuż pod moim okiem. Siedział w mojej głowie, zagnieżdżając się tam tak mocno, że nie mogłam na niczym i na nikim się skupić. Notatki z wykładów z dnia na dzień wydawały się być coraz krótsze, profesorka mówiła jakby mniej zrozumiale, a wiele rzeczy zaczęły mi się z nim kojarzyć. Ale najbardziej ten cholerny deszcz.
I jakby uderzył we mnie piorun. „O ironio” – pomyślałam krytycznie o samej sobie. Połączyłam fakty ze sobą i wystrzeliłam, jak z procy do okna. Wyjrzałam przed siebie i z nadzieją w sercu, której nie chciałam i nie rozumiałam ujrzałam brązowowłosego. Ubrany był w ciemne dżinsy, biały podkoszulek i jak mi się wydawało skórzaną kurtkę, które najprawdopodobniej bardzo opinała jego umięśnione ramiona.
Gwałtownie odwróciłam się od okno zjeżdżając plecami po ścianie. „Co on z tobą robi?!” – cichy, irytujący głosik odezwał się w mojej głowie. Poczułam się, jak cholery Pinokio i ten irytujący świerszcz, który miał grać rolę jego sumienia.
Kiedy już się miałam zastanawiać, jak bardzo jest ze mną źle z powodu tego, że porównuję się do drewnianej kukły do pokoju wtargnął z ogromną, drewnianą tacą Maciek uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Moja księżniczka wstała i nie podążyła za wonią naleśników zgodnie z planem? Te wszystkie romansidła, które puszczają w telewizji kłamią. – zaśmiał się promiennie, co u wielu dziewczyn wywołałoby zachwyt i dreszcze
Szkoda tylko, że nie u mnie.
-Po pierwsze nie mów do mnie księżniczka, bo nie urwałam się z Disneya. – nagle do mojej głowa wtargnęło porównanie, do Pinokia, ale szybo je stamtąd wygoniłam – Po drugie, co ty do kurwy nędzy robisz? A po trzecie to, jak ty włamałeś się do mojego mieszkania?!
Wstałam rozłoszczona zakładając ręce na piersi i krzyżując je. Wiem, że powinnam wskoczyć mu w ramiona dziękując soczystym buziakiem za poranny posiłek, ale domagałam się wyjaśnień. Właśnie w tamtej chwili.
-Po pierwsze, będę tak do ciebie mówił, ponieważ wtedy słodko marszczysz nosek. Po drugie zrobiłem ci twoje ulubione śniadanie. Naleśniki z słodkim twarożkiem i brzoskwiniami obranymi ze skórki. Odpowiadając na pytanie rodzące się w twojej głowie, wiem, że jest to twoje ulubione śniadanie, ponieważ kiedyś przyniosłaś je sobie w pudełku na Uniwerek i powiedziałaś, że dałabyś się zabić, gdybyś codziennie mogła takie jeść. Wydedukowałem, że może być twoim ulubionym. A odpowiadając od razu na pytanie, które sobie dopiero zadasz w tej ślicznej główce robię ci śniadanie, bo tydzień temu obiecałem, że ci wynagrodzę wracanie w deszczu do domu. Po trzecie kiedyś opowiadałaś mi, że zazwyczaj zostawiasz zapasowe klucze pod doniczką przed twoimi drzwiami, gdyby sąsiadka z góry chciała coś z twojego mieszkania. Z tego, co pamiętam lubi odwiedzać Pradę, kiedy ciebie nie ma, bo podobno jej smutno. – jakby na zawołanie puchaty kot, wyglądający niczym szara kuleczka miękkiego futra prześlizgnęła się między moimi nogami
Otwierałam i zamykałam usta niczym złota rybka wyjęta z wody. Ten chłopak zdecydowanie mnie przerażał. Jednak było w nim coś, co powodowało, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Maciek był moim jedynym przyjacielem. Odkąd wprowadziłam się tu cztery lata temu nie mam praktycznie nikogo prócz chłopaka i starszej sąsiadki z góry.
Nie miałam przyjaciółek, jak każda normalna kobieta, ponieważ najnormalniej w świecie mnie nie lubiły i nie rozumiały. Nie mogły pojąc tego, że wolę dużo osiągnąć, pracować nad sobą i zdobywać szczyty, niżeli imprezować i chodzić na randki. Byłam zdecydowana, pewna siebie, twarda i miałam wyznaczone cele. Nikt mi nie miał prawa w tym przeszkodzić. A już naprano nie żadna zapatrzona w siebie tleniona lalunia.
Maciek pojawił się w moim życiu z dna na dzień. Wnosiłam jeden z kartonów do swojego mieszkania, kiedy niefortunnie zderzyliśmy się. Ja miałam złamaną rękę, a on rozcięte czoło. Byliśmy dosyć oryginalni. Nasze spotkanie to chyba najodpowiedniejsze potwierdzenie.
-Zamknij wreszcie te usta, bo ci mucha wleci do środka. – ponownie zaśmiał się odkładając tace na łóżko i kładąc palec pod moją brodą powoli zamknął mi je
Nasze oddechy mieszały się, a jego oczy śledziły całą moją twarz zatrzymując się na ustach. Lekko przybliżył swoją twarz dotykając swoim nosem mój. I kiedy już przybliżył się na tyle by mnie pocałować odskoczyłam, jak oparzona zdając sobie sprawę z tego, co mogło właśnie zajść.
-Może ja zjem te naleśniki, bo wystygną.
Złapałam za jeden z, wielu, które leżały równo ułożone na tacy w małą piramidkę. Było ich chyba dwadzieścia, a dobrze wiedziałam, że spasuje po dwóch. Oprócz tego dostrzegłam wysoką szklankę wypełnioną sokiem pomarańczowym i białą różę.
-Tak, pewnie tak. – chłopak westchnął wychodząc pospiesznie z pokoju
Odrzuciłam posiłek biegnąc za nim. Chciało mi się płakać. Wiedziałam, że on był ideałem. Mógł ofiarować mi całego siebie z sercem podanym na tacy, jak tamte przeklęte naleśniki. I zasługiwał na kogoś równie idealnego, kto zatroszczyłby się o to serduszko. Kto pokochałby go równie mocno. Ja taką osobą z pewnością nie byłam, ponieważ moja relacja do niego była czysto przyjacielska.
-Przepraszam. Wiesz, że nie mogę. Tak bardzo, jak bym chciała, tak bardzo nie mogę.  – szepnęłam ściskając jego ramię, gdy wreszcie udało mi się go złapać pod samymi drzwiami wyjściowymi
Jego oczy teraz były załzawione, co przypominało mi wzburzone morze.
-Tak bardzo, jakbym chciał, tak bardzo tego nie zrozumiem. – odpowiedział mi na jednym wdechu rozluźniając mięśnie pod wpływem mojego dotyku
-Nie ty jeden. – sapnęłam cicho, co wywołało u niego lekki chichot rozluźniający sytuację, choć czuć było w powietrzu coś ciężkiego, co wisiało między nami i w każdej chwili mogło zmiażdżyć
-Co ja z tobą mam. Wzdycha do mnie trzy czwarte dziewczyn na naszym Uniwerku, a ja głupi zakochałem się właśnie w takim rudzielcu jak ty. – udawał niby niezadowolonego, choć po jego oczach mogłam odkryć, że żartuje
One wręcz śmiały się do mnie, błyszcząc i emanując czymś, czego dokładnie nie potrafiłam określić.
-Masz coś do rudych włosów?! – warknęłam dla zabawy, na co oboje wybuchliśmy śmiechem
I tacy właśnie byliśmy. Najpierw nieświadomie sprawiliśmy sobie przykrość, raniąc i rozrywając stare rany, by chwilę później śmiać się i żartować.
-Co powiesz na wypad do Arkadii? Mam ochotę kupić sobie coś ładnego. – uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on jedynie odwzajemnił ten uśmiech kiwając potakująco głową
-Zjedz tylko te nieszczęsne naleśniki. Będę po ciebie za pół godziny.
Już nachylał się do mnie, by pocałować mój policzek, kiedy gwałtownie odsunął się wycofując swój niemy plan z rzeczywistości.
Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Wiem, że jestem niezdecydowana i powinnam kategorycznie trzymać się granic przyjaźni, ale to już była taka nasza mała tradycja. Widząc, że coś zostało zaburzone, bo te cholerne uczucia zaczęły się w nim rodzić we mnie wzbierał smutek, jak i gniew.
Kiedy drzwi zamknęły się z głuchym kliknięciem odwróciłam się na pięcie kierując swoje kroki do pomieszczenia, z którego poprzednio wyszłam.
Naleśniki może i były już zimne, ale i tak były najlepszymi naleśnikami, jakie w życiu jadłam. Twarożek był słodki, delikatny i dzięki Ci Boże bez grudek. Brzoskwinie rozpływały się w ustach i ledwo, co musiałam je chociażby gryźć.
Po zjedzonym śniadaniu z przerażeniem zrozumiałam spoglądając na zegarek w telefonie, że zostało mi jedynie dziesięć minut. Nie zmywając naczyń popędziłam w stronę szafy, z której wyciągnęłam czarne rajstopy, skórzane spodenki z ćwiekami na kieszeniach, luźną czarną bokserkę z logiem rockowego zespołu i czerwoną koszulę w kratę. Pobiegłam do łazienki wykonując w pośpiechu poranną toaletę i makijaż. Ubrałam się i zdążyłam jedynie złapać za telefon i portfel, kiedy usłyszałam otwierające się drzwi.
W sprawie pukania nakrzyczę na niego innego dnia.
Wszedł luźno do sypialnie nie przejmując się taką możliwością, jak to, że mogłam się przebierać i być zupełnie naga. Bo, po co się takimi rzeczami przejmować, jak czyjaś prywatność?
Zlustrował mnie dokładnie od stóp do głów zatrzymując się dłużej na nogach i lekko odsłoniętym brzuchu. Szybko obciągnęłam koszulkę, które niefortunnie podwinęłam mi się do góry.
-Jedziemy? – spytałam przedzierając głuchą ciszę i wyrywając go z zamyśleń
-Pewnie. – odpowiedział lekko nieobecnym głosem przepuszczając mnie w drzwiach
Droga do centrum handlowego zajęła nam dłużej niż zwykle z powodu popołudniowej godzinny i weekendu. Jeśli były tak duże korki mogłam tylko zastanawiać się, jak bardzo oblężone będą sklepy.
-Może pójdziemy po prostu do kawiarni? – zaproponowali zdając sobie sprawę, że nie mam ochoty na kłótnie o koszulkę z ostatnim rozmiarem, jak na ostatnich zakupach
-Nie ma sprawy. Choć miałem ochotę zobaczyć się w jakiejś fajnej sukience. – ostatnie zdanie mruknął niby do siebie, jednak zapomniał o tym, że ma raczej donośny głos, a ja dobry słuch
Szturchnęłam go lekko w ramię uważając przy tym, ponieważ bądź, co bądź, ale to właśnie on kierował autem.
-Pewnie takiej, która odsłania więcej niż zakrywa? Taka czarna mini, w której widać by mi było stringi. – próbowałam go podpuścić, na co on spojrzał się na mnie krytycznie, choć w jego oczach można było dostrzec figlarny błysk
-Jak ty mnie dobrze znasz. – westchnął udając rozmarzonego, za co tym razem otrzymał kuksańca
I to podobno on ma ze mną źle.
Malutka kawiarenka znajdująca się między wąskimi uliczkami wydawała mi się być spełnieniem marzeń. W środku przez głośniki sączyła się cicha, nastrojowa melodia. Na każdym stoliku znajdowała się drobna lampka nadająca swoistego klimatu. Światła na około były lekko przygaszone tworząc wspaniały nastrój. Ale i tak zapach był najlepszy. Mocny aromat świeżo mielonej kawy, słodka nuta wanilii i specyficzny zapach cynamonu. Obłęd.
-Kocham to miejsce. – powiedziałam sama do siebie i pędem zajęłam stolik pry oknie ciągnąc za sobą zdziwionego Maćka
-Nigdy cię nie zrozumie. Wyglądasz, jakbyś wróciła z koncertu heavy metalu, a czytasz książki i podobają ci się takie miejsca.
Momentalnie odwróciłam się w jego stronę i lekko zmrużyłam oczy zastanawiając się nad tym.
- Mówiłam ci, że coś jest ze mną nie tak. Ja nie rozumiem samej siebie, co dopiero ty miałbyś to wszystko pojąć.  
W mgnieniu oka podeszła do nas kelnerka, która wlepiła oczy w chłopaka słodko się do niego uśmiechając. Wcale mnie to nie zdziwiło. Szkoda tylko, że Maciek zajęty był wgapianiem się w mój biust.
-Co mogę wam podać? – do moich uszu doszedł śpiewny głos blondynki
-Zwykła czarna. – odpowiedział lakonicznie mój towarzysz nawet nie zaszczycając dziewczyny spojrzeniem
- A dla ciebie? – zerknęła w moją stronę z miną mordercy, choć wiedziałam, że starała się to zamaskować
Nie wyszło.
- Duża Latte z podwójną pianką, poproszę. – uśmiechnęłam się do niej, co nie zostało odwzajemnione
Dziewczyna jedynie odwróciła się na pięcie kręcąc subtelnie biodrami przy każdym kroku.
-Zamiast patrzeć się na moje cycki, które dla twoich oczy są zakazane powinieneś obejrzeć się na tamtą dziewczynę, która wręcz cię wzrokiem pożerała! – syknęłam zasłaniając sobie koszulą obszar, który od dobrych pięciu minut był napastowany niebieskimi tęczówkami
-Przepraszam. – blond włosy spłonął rumieńcem spuszczając głowę i bawić się swoim szarym podkoszulkiem
Kawa, tak jak myślałam była niezwykle dobra. Szklanki opróżniliśmy dosyć szybko przy rozmowie na wiele różnych tematów. Zaczynając od obecnych wykładów, przez imprezę, na której ostatnio był chłopak, kończąc na przeczytanej przeze mnie książce.
Wracając drogi były bardziej puste, a włączone radio otulało nas przyjemną muzyką. Zatrzymaliśmy się na moją prośbę niedaleko parku. Padał deszcz, a ja miałam nieodpartą ochotę iść tamtą ścieżką.
-Możesz już jechać. Jeśli chcesz, oczywiście. – oznajmiłam mu odpinając pasy bezpieczeństwa
-Pada deszcz, a ty chcesz iść na piechotę? Kim jesteś i co zrobiłaś z Lil? – nazwał mnie zdrobniale, na co moje policzki stały się lekko purpurowe
-Muszę pooddychać świeżym powietrzem. Kręci mi się w głowie. – skłamałam na poczekaniu wychodząc z auta
-Nie ma mowy, żebym puścił cię samą. Odprowadzę cię pod drzwi.
Szliśmy tym razem w milczeniu obok siebie trącając się czasem ramieniem. W pewnym momencie zerknęłam na ławkę niedaleko wyjścia i on wciąż tam siedział. Mokry od kropel spadających z nieba, intrygujący, wpatrujący się we mnie z lekkim uśmiechem.
-Kto to jest? – mruknął niezadowolony Maciek wywiercając w mojej osobie wielką dziurę swoim świdrującym  wzrokiem
-Nie wiem. – skłamałam po raz drugi
Kiedy bezimienny Włoch wciąż się we mnie wpatrywał blondyn przybliżył się do mnie obejmując mnie w talii i nałożył na moje ramiona swoją kurtkę. Rzucił mu groźne spojrzenie i zbliżył ponownie moje ciało do swojego. Włoch jedynie kiwnął do mnie głową uśmiechając się tajemniczo w ogóle nie zwracając uwagi na Maćka idącego obok mnie krok w krok.
Oniemiałam lekko spuszczając głowę nie będąc zdolna do wykonania żadnego innego ruchu. Tego właśnie było mi trzeba. Przyjaciela, który się we mnie zakochał i był zazdrosny o każde najmniejsze spojrzenie innego  i nieznajomego faceta, który zawsze pojawiał się wraz z znienawidzonym przeze mnie deszczem.
-----------------
Przepraszam za małe opóźnienie, ale kiedy wczoraj zaczęłam pisać nowy rozdział zaczął padać deszcz i po prostu nie mogłam powstrzymać się od podziwiania go. Jak wam się podobają bohaterowie?  Ogólnie czy tematyka opowiadania wam się podoba? Piszcie swoje odczucia, mówcie, jeśli coś wam nie odpowiada, a jeszcze bardziej ogóle bądźcie aktywni!
Rozdział dedykuje Patrycji Dzikowskiej, która jest tu ze mną od bardzo dawna i swoimi komentarzami wywołuje uśmiech na mojej twarz. DZIĘKUJĘ!
Zaczęły się wakacje. Co się z tym równa? Częściej dodawane rozdziały. Ale nic za darmo nie ma i to od waszych komentarzy zależy, kiedy będzie on dodany (taka zła ja).
Gdyby ktoś, coś chciał wstawiam link do mojego fb 
https://www.facebook.com/kasia.drzewiecka.18

Btw zapraszam na mój drugi blog, prowadzony z przyjaciółką,  gdzie możecie poznać mój światopogląd :) http://between-feelings-and-mind.blogspot.com
Do zobaczenia wkrótce!
Kasia xxx 

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 1

Ten dzień należał do jednych z tych, których szczerze, całym sercem i całą swoją duszą nienawidziłam. Zaczęło się od budzika. Cholerne, małe denerwujące urządzenie, które każdego dnia równo o piątej piętnaście zaczynało grać najbardziej irytującą melodię na tej planecie. I całkiem możliwe było, że przypadkiem moja ręką zamiast go wyłączyć rzuciła nim o ścianę. Ale na Boga ile można było tego słuchać?! Kiedy już pozbierałam jego szczątki i z zamiarem ubrania się sięgnęłam po wcześniej przygotowany zestaw na krześle coś małego zwróciło mój wzrok. Jak się okazało moja ulubiona koszulka postanowiła podrzeć się akurat na środku brzucha. O zaszyciu nie było mowy, ponieważ była to unikatowa, bardzo cieniutka tkanina z Indii, którą przywiozła mi koleżanka z gimnazjum. Z czerwoną od wściekłości twarzą i pulsującą żyłką na szyi ruszyłam do łazienki, gdzie powitał mnie brak ciepłej wody. Oczywiście musiałam zapomnieć o informacji wywieszonej na klatce schodowej, która głosiła, że będzie coś naprawiane i dzisiaj nie będzie ciepłej wody. Chcąc nie chcąc zebrałam całą silną wolę w sobie i wzięła kąpiel, która postawiłaby na nogi najbardziej skacowanego człowieka na Ziemi. Potem, drżąc z zimna ze skapującą z włosów wodą na posadzkę postanowiłam zrobić sobie śniadanie. Toster także postanowił mi się sprzeciwić dostatecznie spalając moje grzanki. Ale przecież jest dobrze. Niech Bóg testuje moją cierpliwość jeszcze bardziej. Spojrzałam jeszcze tylko na kalendarz, aby upewnić się, czy aby przypadkiem nie było piątka trzynastego. Siódmy października. Czyli nawet szczęśliwe siódemki są przeciwko mnie.
Ubrana w niepodziurawioną koszulkę, umyta w lodowatej wodzie i po śniadaniu w postaci szklanki soku pomarańczowego zabrałam jedynie torbę i skierowałam się w stronę wyjścia, aby w spokoju udać się na wykłady.
Byłam na granicy. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Szybko się denerwowałam, nie lubiłam, kiedy coś stawało mi na drodze, pomimo sporych przeciwności losu w dzieciństwie. Wczesny rozwód rodziców, depresja mamy i samobójstwo najlepszej przyjaciółki sprawiły, że czasem miałam dość życia, ale byłam silna i potrafiłam sobie poradzić z wieloma rzeczami. Istniała jednak jedna rzecz, której nienawidziłam. Deszcz. Dla innych zwykły wytwór natury pojawiający się w jesiennym okresie. Dla mnie najbardziej znienawidzona rzecz na świecie. I szczerze mówiąc nie pamiętam, od czego moja nienawiść się wzięła. Po prostu tak było, a z biegiem lat to nasilało się coraz bardziej zmieniając w coś skrajnie nienormalnego.
Burknąwszy pod nosem zamknęłam drzwi i poszłam na przystanek czekając na mój autobus, który postanowił spóźnić się o piętnaście minut. Czyżby piątek trzynastego trwał dalej?
Podróż, którą zawsze spędzałam na czytaniu książki lub słuchaniu muzyki minęła mi bardzo powolnie i w napiętej atmosferze. Może, dlatego, że gromiłam wzrokiem każdą kropelkę, która tylko odbijała się od szyby, a że było ich kilkadziesiąt, to już nie moja wina.
Jeszcze bardziej zła wyszłam z autobusu kierując się do budynku Uniwersytetu Warszawskiego.
-Lila! Już myślałem, że o mnie zapomniałaś. – uśmiechnięty od ucha do ucha Maciek przemknął mi przed oczami zakręcając się wokół mnie i idąc tyłem znowu szedł przede mną
-Jakże bym śmiała. – sarknęłam w jego stronę, choć w duszy śmiałam się w niebogłosy
-Może pójdziemy dziś na kolację? Ja stawiam! Albo kino? Może spacer po parku? – zatrzymał się rozkładając ręce, a ja sprawnie go minęłam tym razem już z uśmiechem – Cokolwiek? – krzyknął za mną nie poddając się
-Nigdy! – odkrzyknęłam zaczynając powolny trucht w kierunku mojej sali zajęć
-I tak wiem, że kiedyś się ze mną umówisz! – zaśmiał się idąc już w przeciwnym kierunku
Maciek był naprawdę przystojnym, wysportowanym blondynem o niebieskich oczach w kolorze letniego nieba, od którego aż tryskała pozytywna energia. Był duszą towarzystwa, lubił imprezować, na szczęście z umiarem, studiował filozofię, choć nie wiem, jaki tam z niego był filozof. Dziewczyny ustawiały się d niego kolejką. Niestety, malutki Maciuś mierzący sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu postanowił za swoją zdobycz obrać mnie. Codziennie od dwóch lat katował mnie takimi o to pytaniami starając się ze mną umówić. Był szarmancki i gdybym może miała, choć trochę skrupułów umówiłabym się z nim. Ale nie miałam i nie zamierzałam się z nikim umawiać. Bo, po co? Aby demonstrować na środku korytarza swoją miłość? To nie dla mnie.
Wykład filologii angielskiej, jak zwykle minął mi na zapisywaniu długich notatek, w przeciwieństwie do innych studentów, którzy albo odsypiali wczorajszą imprezę, albo siedzieli bezczynnie patrząc się tępym wzrokiem na naszą starą profesorkę, która mocno gestykulowała starając się nam wytłumaczyć nowe zagadnienia.
I nim się obejrzałam wykłady na cały dzień się skończyły, a Maciek znów próbował namówić mnie na wspólne wyjście.
-Lila proszę. Ten jeden raz. – spojrzał się na mnie oczami pełnymi uroku, niczym te, które miał, kto ze Shreka. – Co ci szkodzi?
Westchnęłam i stanęła naprzeciwko niego zakładając ręce na piersi. W pewnym sensie miał rację. Nic mi nie szkodziło, mogłabym iść z nim raz do kina i może dałby mi spokój. Ale w głębi siebie czułam, że zrobiłabym mu tylko nadzieję, a on później by cierpiał. Na co mi był kolejny problem?
-A może, chociaż podwiozę cię d domu? Wciąż pada deszcz. – z premedytacją uderzył w mój słaby punktu
Z przerażeniem wyjrzałam przez okno dostrzegając jeszcze większą burzę, niż wcześniej. Duże krople odbijały się od parapetu z głuchym pluskiem powodując, że huczało mi w głowie od znienawidzonej melodii.
-A możemy jeszcze wstąpić do sklepu? – tym razem to ja zrobiłam szklane oczka, choć dobrze wiedziałam, że się zgodzi
-Dla ciebie wszystko, kochanie. – wywróciłam oczami uśmiechając się i wzięłam kurtkę od chłopaka, który nie wiem, czemu w ogóle ją miał
Podświadomie zdawałam sobie sprawę, że on był pewny, iż mu nie odmówię. Taki już był nasz zwyczaj. Kiedy padał deszcz Maciek zawsze po zajęciach zjawiał się z moimi wyjściowymi ubraniami proponując podwiezienie do domu. Dzisiaj do naszego małego rytuału dodałam jeszcze zakupy.
Wyszliśmy z dużego budynku szybkim krokiem kierując się do samochodu Maćka. Nie należał on do najnowszych modeli, ale cholera, byliśmy studentami! Samochód, nawet stary rzęch sprzed dwudziestu lat byłby dla wielu marzeniem.
W środku pachniało po prostu chłopakiem. Słodka nuta kokosowego szamponu, którym mył włosy, trochę cytrynowego zapachu odświeżacza powietrza i jeszcze czegoś, czego nie można było konkretnie nazwać, bo był to taki Maćkowy zapach.
Popatrzyłam się spode łba na moje rude końcówki włosów, które zaczęły się kręcić od nadmiaru wilgoci w powietrzu. Miałam ochotę warknąć ze złości, ale w miarę szybko się powstrzymałam.
-A kto ma specjalnie dla ciebie gorącą Latte z podwójną pianką? – chłopak mruknął w moją stronę podsuwając mi pod nos ulubioną kawę, bez której nie mogłam się obejść w życiu codziennym
Już chciałam złapać za papierowy kubek, kiedy on nagle odsunął się, a raczej został odsunięty przez chłopaka, który schował go za swoimi plecami.
-A moja nagroda? Może dostane buziaka w policzek? Ostatecznie w usta? – już się przybliżał, zamykając oczy, kiedy ja wykorzystują jego uwagę poklepałam go po policzku zabierając kawę zza jego pleców
-Twoje niedoczekanie. – zaśmiałam się i zapięłam pasy delektują się swoją zdobyczą
- Co za wredna jędza. Lubię takie. – mruknął pod nosem, na co mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej
Droga minęła nam sprawnie i całe szczęście bez kolejnych bezowocnych prób poderwania mnie przez Maćka. Słuchaliśmy cały czas muzyki, drąc się w niebogłosy, kiedy znaliśmy tekst którejś z nich.
Stanęliśmy przed małym supermarketem niedaleko mojego mieszkania ruszając do środka w poszukiwaniu potrzebnych mi produktów. Poczułam, jak ciepła ręka obejmuje mnie w pasie, układając dużą, męską dłoń na moim biodrze. Przewróciłam po raz kolejny tego dnia oczami łapiąc za dłoń i przewieszając ją sobie przez ramię, co wyglądało bardziej przyjacielsko.
-Jesteś okropna. – szturchnął mnie biodrem, kręcąc głową i wkładając do koszyka moje ulubione jogurty z owocami
Nie wnikałam w to, czemu wiedział, jakie rzeczy lubię i jakie mi były obecnie potrzebne. Wolałam żyć w nieświadomości, niżeli dowiedzieć się, że założył w moim mieszkaniu kamery lub podsłuchy.
- I tak mnie kochasz. – wykorzystałam najlepszy argument, jaki miałam wiedząc, że zmięknie pod jego wpływem
-Przecież wiesz. – cmoknął mnie lekko w policzek, za co tym razem go nie skarciłam
Tylko ten jeden, jedyny raz. Niech się cieszy.
Nim zdążyłam wprowadzić w życie tematu, który krążył po mojej głowię, gdy wokół nas rozbrzmiał najnowszy hit radia oznaczający, że ktoś dzwoni do mojego towarzysza.
-Halo? Nie mogę teraz. Naprawdę nie mogę, jestem z… przyjaciółką. – lekkie ciepło rozlało się po moim brzuchu na słowa chłopaka – Nienawidzę cię, zaraz będę. – z głębokim westchnieniem goryczy chłopak ponownie schował komórkę do kieszeni swoich spranych dżinsów patrząc się na mnie błagalnie
- Nawet nie próbuj mi tego zrobić. – spojrzałam na niego wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu obstawiając najgorszą możliwą opcję
Jak zwykle nie myliłam się. Cholera jasna!
- Paweł wszedł do złego autobusu i wywieźli go gdzieś poza Warszawę. Nie wie, jak wrócić i poprosił żebym po niego przyjechał. Dobrze wiesz, że wolałbym zostać z tobą, ale muszę mu pomóc. – potarł lekko moje ramię, a tym razem ja spojrzałam się na niego błagając o odrobinę litości
- A deszcz? – mruknęłam wciąż słysząc odbijając się od szyb krople
-Przepraszam. Obiecuje, że wynagrodzę ci to. – przytulił mnie lekko, w miarę szybko, aby uchylić się od mojej dłoni, która w szybkim tempie zmierzała ku jego ramieniu – Wszystko już wziąłem, musisz tylko iść na dział z pieczywem i znaleźć sobie świeże bułki i rogalika na śniadanie.
Szedł cały czas tyłem oddalając się ode mnie z każdym krokiem coraz bardziej.
-Skąd ty… - musiałam zadać to pytanie
-Nieważne. Kiedyś ci opowiem. – pomachał mi odwracając się i biegnąc w stronę wyjścia
Warknęłam cicho pod nosem słysząc narastający bęben kropel i tak, jak pokierował mnie Maciek poszłam do działu z pieczywem.
Tak, jak podejrzewałam mój pech postanowił wrócić w najlepszym momencie i nie był nawet jednej świeżej bułeczki, a co dopiero rogalika.
Z miną seryjnego mordercy skierowałam się do kasy, gdzie zapłaciłam za zakupy, które zdecydowanie przekraczały mój budżet. Z czterema siatkami wypełnionymi po brzeg wyszłam ze sklepu na pełną ulewę, która jak na złość w ciągu dnia z lekkiego deszczyku rano zmieniła się w coś, co teraz roztaczało się nade mną.
Ludzie biegali, jak szaleni, chowali się pod dachami budynków lub do własnych samochodów, a ja bez parasolki lub chociażby kaptura na głowie szłam spokojnie chodnikiem idąc jednostajnym krokiem do domu. To były tylko trzy przecznice.
- Zabije go. Niech mi się tylko pokaże na oczy. – mówiłam cicho sama do siebie wyklinając Maćka, choć wiedziałam, że to nie była jego wina
Przeszłam już przez dwie przecznicę i stanęłam na skrzyżowaniu czekając na zielona światło dla pieszych. Zerknęłam lekko w prawo i moim oczom ukazał się park, który idealnie prowadził swoją ścieżką do mojej kamieniczki. Drzewa mogły trochę ochronić mnie od jeszcze większego zmoknięcia, więc dużo nie myśląc skręciłam w tamtą stronę.
Przyśpieszyłam trochę, kiedy zawiał mocny wiatr, a przez moje ciało przebiegło stado dreszczy. Poczułam, jak bardzo jestem mokra i jak bardzo jest mi zimno, na co moje nogi automatycznie przyśpieszyły jeszcze bardziej. Już widziałam moje okno idąc ścieżką prowadząco do wyjścia, kiedy zobaczyłam chłopaka siedzącego spokojnie na ławce, jakby nie zauważał w ogóle deszczu i nie czuł chłodu.
Był całkowicie przemoczony, myślę, że nawet bardziej niż ja. To był fakt niezaprzeczalny, a mi od samego patrzenia na niego zrobiło się gorzej. Mógł być ode mnie starszy o dwa, może trzy lata. Siedział wyprostowany, z wyciągniętymi przed siebie długimi nogami splątanych ze sobą w kostkach. Spojrzałam na niego spode łba, kiedy nagle odwrócił swoją twarz ku mojej.
Miał ciemne włosy, choć nie mogłam stwierdzić, czy były brązowe, czy czarne. Grzywka opadała mu na czoło, przyklejając się do niego i wchodząc delikatnie w oczy. Były one duże, przeszywające na wskroś. Miały kolor gorzkiej czekolady, tak ciemnej, że nagle jakbym poczuła jej smak w ustach. Mocne rysy twarzy, zarost wyglądający mi na kilkudniowy. Ubrany był w biały, wełniany sweter i czarne dżinsy i to wszystko razem wyglądało tak irytująco idealnie, że nie mogłam oderwać od niego wzroku.
- Chyba potrzebujesz pomocy. – rzucił lekko w moim kierunku, a moje serce zatrzymało się nagle by po chwili ruszyć ze zdwojonym tempem
Po jego urodzie podejrzewałam, że nie był stąd, a jego akcent tylko mnie w tym utwierdził. Miał głęboki, lekko ochrypły głos, który otulił moje uszy niczym kołysanka, którą śpiewała mi mama przed snem.
Dopiero jego śmiech, który swoją drogą był równie perfekcyjny, jak głos wyrwał mnie z zamyślenia. Po pierwsze zrozumiałam, że stanęłam na środku dróżki i wgapiałam się w niego, jak opętana, a po drugie dopiero teraz poczułam, jak bardzo jest mi ciężko i jak moje palce zbielały od wysiłku.
- Nie dzięki. Jestem silną dziewczynką. – odparła rumieniąc się wściekle na swoją głupotę
Nim zdążyłam zrobić trzy kroki naprzód ciężar nagle zniknął, kiedy ciepła ręką wsunęła się w moją odbierając mi siatki z jednej dłoni, a potem z następnej.
- W to nie wątpię. – powiedział śpiewnie po raz kolejny się śmiejąc i przyprawiając mnie o kolejne dreszcze, tym razem nie spowodowane zimnem
Szliśmy w ciszy, wpatrując się przed siebie, choć na jego twarzy malował się pewny siebie uśmieszek, a na mojej speszenie i niepewność. Kiedy byliśmy już na miejscu po raz drugi spojrzałam się na jego twarz, tym razem na profil. Gdzie tacy piękni ludzie się rodzą?
-Jestem z Włoch. – szepnął, jakby czytał w moich myślach wypowiedział z tym swoim akcentem
Spojrzał w górę unosząc jedną brew, a potem prosto w mojej oczy takim wzrokiem, jakby poznawał moją duszę i wdzierał się do mojego umysłu.
- Ładnie masz tutaj. – rozejrzał się dookoła tęsknie zwracając się w stronę parku
-Dzięki. – mruknęłam zabierając od niego moje siatki
-Zawsze jesteś taka małomówna? – zapytał wpatrując się we mnie z uśmiechem
-Nie. – odpowiedziałam lakonicznie zdając sobie po chwili sprawę, że znów odpowiedziałam mu jednym słowem
- Do zobaczenia. – pożegnał się ze mną równie krótko i zawrócił się do miejsca, z którego przyszliśmy
Wbiegłam szybko po klatce schodowej do mieszkania, gdzie ciepłe powietrze owiało moje ciało. Zakupy odłożyłam do kuchni i wcale się nie zdziwiłam, kiedy z siatek wypłynęła woda. Ciekawa byłam, ile kupionych dopiero, co rzeczy pójdzie do kosza. Machinalnie wyjrzałam przez okno, przed którym miałam wejście do parku zobaczyłam go na tej samej ławce, w tej samej pozycji, co wcześniej. Pokręciłam głową próbując wyrzucić dziwną sytuację z moich myśli.
Postanowiłam zająć się nową książką, którą kupiłam niedawno w głębi mając nadzieję, że kiedy skończę deszcz zniknie.
Co jakiś czas siedząc na parapecie w swoim pokoju wyglądałam przez okno. Za każdym razem padał deszcz i za każdym razem on tam był, co irytowało mnie do granic możliwości.
Jednak, kiedy wciągnęłam się w lekturę moje ciche marzenie spełniło się. Denerwujący wytwór natury minął. A tajemniczego Włocha o szarmanckim uśmiechu ku mojemu zdziwieniu już nie było.
-------------------
A tak przedstawia się rozdział 1. Jak wam się podoba? Trochę nudny, w sumie nic się nie dzieje, ale tam na początku musi być. Proszę was o większą aktywność, co wiąże się z komentarzami, których nie ma za wiele.
Ostrzegam, że mogą pojawić się błędy, ponieważ obecnie mam ograniczony dostęp do internetu, a chciałam wstawić rozdział.
Także ten... do zobaczenia wkrótce!
Kasia xxx 

wtorek, 17 czerwca 2014

Prolog

Deszcz nigdy nie był moim sprzymierzeńcem. Od najmłodszych lat nienawidziłam go całym sercem i zawsze chowałam się w domu pod kocem, aby tylko odciąć się od niego i nawet nie musieć patrzeć na duże krople odbijające się od mojego okna. Irytowało mnie jego zimno, chłód, melancholia i smutek, o jaki przyprawiał ludzi. Każdy napotkany przeze mnie człowiek nie lubił go równie mocno, jak ja. 
Jednak on wydawał się być wręcz z nim połączony. Zawsze mu towarzyszył. Tam, gdzie pojawiał się ciężkie chmury tam i pojawiał się on. 
A ja z czasem zaczęłam błagać o choćby najmniejszy deszcz. 

niedziela, 15 czerwca 2014

Zapowiedź

Czy kiedykolwiek deszcz kojarzył nam się z czymś dobrym? Zimny, nieprzyjemny, pełny chłodu i smutku. Przyprawia nas o zły humor i samym swoim istnieniem potrafi sprawić, że człowiek przypomina sobie najgorsze chwile swojego życia. Ale co się stanie, jeśli jedna osoba sprawi, że największa przeciwniczka deszczu zacznie o niego wręcz błagać? The Name Of Rain, czyli opowiadanie, w którym deszcz gra pierwsze skrzypce.
-------------
Tak przedstawia się zapowiedź nowego opowiadania pt. "The Name Of Rain". Jak też zauważyliście zmienił się szablon, który jest tak cudowny, że mam łzy w oczach.
Cała się trzęsę, jestem tak podekscytowana czymś NOWYM. Liczę na wasze opinię i nie mogę doczekać się komentarzy. Kiedy prolog? Na dniach, więc wpadajcie... codziennie.
Kasia xxx